sobota, 1 czerwca 2013

Rozdział XIII ~*~ Alexis~*~

Rozdział 
XIII
 ~*~ Alexis~*~
 Do czytania
Wstałam pierwsza, tuż po wschodzie słońca. Wyszłam na taras, rozglądając się po śpiącym jeszcze obozie. Słońce złotymi palcami muskało pola truskawek, wzgórza i lasy, a także zatokę Long Island.
Srebrzysty poblask domku Artemidy już gasł, za to złoty - Apollina, rozbłyskał. Wiatrowskaz na Wielkim Domu skrzypnął przyjaźnie i zwrócił się ku południu. W głębiach lasu, gdzie nie docierało światło budziły się potwory. Ryki i skrzeki mieszały się ze śpiewem ptaków.
Niebo nabierało barwy coraz jaskrawszego błękitu, wychodząc z pastelowych odcieni lilaróż i brzoskwini, wybielając baranki chmur.
Niebo zawsze było moim żywiołem, prawdę mówiąc w powietrzu czułam się stabilniej i pewniej niż na ziemi. Po chwili stałam na zielonej trawie.
Przeszłam się na wzgórze, gdzie Peleus pilnował Złotego Runa, zawieszonego na sośnie Thalii. Pomimo, że ducha mojej siostry od lat tam nie było, nazwa pozostała. Runo wyleczyło drzewo, włącznie z ożywieniem Thalii.
Smok uniósł łeb i zbliżył się do mnie.
-Cześć Peleusie - pogłaskałam go po chropowatym łbie, a on w zamian obwąchał moje ręce i kieszenie - Przykro mi, nie mam nic do jedzenia. Ale obiecuję przynieść Ci obiad.
Przekrzywił łeb i wyszczerzył komplet kłów, co miało być pełnym aprobaty uśmiechem.
Tuż obok coś zabłysło i myślałam, że to słońce odbija się w kłębach Runa, dopóki owy 'błysk' się nie odezwał.
-Alexis, moja duszko. Witaj. - aż za dobrze znałam ten fałszywie przyjazny ton, który zawsze wróżył kłopoty. Natychmiast się odwróciłam.
-Pani Hero - ukłoniłam się sztywno
-Zapewne domyślasz się celu mojej wizyty.
-Z całym szacunkiem, pani. Ale... nie.
Najwyraźniej zdziwiło ją to, bo sztuczny uśmiech spełzł z jej wyrachowanej twarzy.
-Cóż, powinno być to jasne. Pamiętasz o czym powiedziałam Ci kilka lat temu. Teraz przyszedł odpowiedni czas.
Przesunęłam się wspomnieniami do owej rozmowy, a kiedy dotarło do mnie o czym mówi moja macocha, zmroziło mnie.
-Już wiesz - uśmiechnęła się do mnie - Potrzebuję nowego rycerza. Tamci już mi się znudzili.
Nadal się uśmiechała, ale jej oczy mówiły, a raczej krzyczały : ''Nie sprzeciwiaj mi się. Matka zawsze wie lepiej.''
-Nie - powiedziałam cicho
- Nie ? Śmiesz mi się sprzeciwiać ? - wycedziła ostatnie zdanie.
-Owszem pani Hero. Nie dostaniesz mojego syna, tylko dlatego, że chcesz nowej zabawki.
Gromiła mnie wzrokiem, kiedy urosła do swojej zwykłej, siedmiometrowej postaci. Ale nagle coś się zmieniło. Uśmiechnęła się szeroko i zmalała do ludzkiego wzrostu.
-Och i tak go dostanę. Sama mi go oddasz, moja droga - dotknęła mojego ramienia - Wkrótce. - znikła w rozbłysku światła.
Rozległ się głos konch wzywającej na śniadanie.
Pobiegłam pędem w dół wzgórza, niemal wpadając na Annabeth przy pawilonie jadalnym. Przytrzymała mnie, żebym nie upadła.
-Co się stało ? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.
- Gorzej - jęknęłam i streściłam jej całą rozmowę.
-Głupia, irytująca krowa - skwitowała - Nie wierzę, że Ci to zaproponowała.
-Ona niczego mi nie zaproponowała. Ona kategorycznie zażądała nowego rycerza..
Ann pokręciła głową z niedowierzaniem.
-Pogadamy o tym później, okej ?
-Pewnie.
Każda z nas odeszła do swojego stolika. Jason machał mi z daleka, a kiedy podeszłam, spytał :
-Hera znów miesza ?
-Skąd Ci to przyszło do głowy ? - spytałam z ironią
-Wizja senna. Twierdzi, że jeśli nie zrobimy tego o co prosi, to nasza nowa misja spełznie na niczym.
-Och, to Jej Irytująca Wysokość, Królowa Olimpu umie prosić ? - wzruszył ramionami
-Tyle, że wiesz. Bogowie jacy by nie byli, potrzebujemy ich tak samo, jak oni nas. Po prostu powinniśmy jej posłuchać.
-Żartujesz ?! Ostatnim razem, kiedy przyszło Ci słuchać jej ''prośby'' - nakreśliłam palcami w powietrzu cudzysłów - omal Cię nie zabiła.
-No wiem - zmieszał się - ale ostatecznie nam pomogła, nie ?
-Taak. - po całej jadalni rozległ się głośny, szyderczy śmiech synów Aresa. Obróciłam się, do pawilonu weszła Katia z obstawą, w osobie Nica i Percy'ego. Kiedy usłyszała śmiechy, chciała się cofnąć, ale chłopcy ją przytrzymali. - Nie, no. To już jest szczyt wszystkiego. - wstałam od stolika i podeszłam do grupy boga wojny. - Sean ! Przestań ! - wrzasnęłam
-Bo co, co mi zrobisz, królewno ?
-Chcesz się przekonać ? To miej odwagę i tu podejdź.
Wstał i mimo, że przewyższał mnie o głowę, nie był już tak pewny siebie jak w grupie. Podszedł bliżej i niemal się nade mną pochylił.
-Nadal jesteś taka pewna siebie ?
Szybciej niż zdążył mrugnąć przyłożyłam mu sztylet wysunięty z rękawa.
-Nie zrobisz tego - wycharczał
-Dobrze wiesz, że jeśli dasz mi choć najmniejszy powód, to to zrobię. - odsunęłam nóż od jego gardła
-Zdzira - warknął - Wiedźma i szmata. Nie... - nie dokończył, bo mój wspaniały brat złapał go za bluzkę i bezceremonialnie trzasnął w twarz. Rozległo się satysfakcjonujące chrupnięcie. Odskoczył od niego jak oparzony.
-Złamałeś mi nos, debilu. - krzyknął trzymając się za twarz
-Sean, zamknij się - zawołała któraś z jego sióstr. Dwóch braci przytrzymało go, żeby znów nie rzucił się na Jasona.
-Co tu się dzieje ? - spytał nowo przybyły Chejron, rozglądając się po naszych twarzach - Czy pan, panie O'Connor znów wdaje się w bójki

-To tamten idiota złamał mi nos - zaprotestował
-Ty zacząłeś wyzywać moją siostrę, ciołku.
-Uspokójcie się obaj i bez wyzwisk. - nauczyciel zastukał kopytem w marmur - Wyjaśnij - zwrócił się do Jasona.
-Sean dręczy młodszych, Alex się to nie spodobało i kazała mu przestać, wtedy zaczął ją wyzywać. Ja w zamian za to, złamałem mu nos.
Centaur zakrył dłonią twarz i zmęczonym głosem spytał :
-Jesteście dorośli, nie możecie problemów rozwiązywać jak dorośli ? Czyli inaczej niż bójką ?
-Przepraszamy, Chejronie. - stwierdziliśmy zgodnie, z Jasonem. Po chwili i Sean dodał ciche ''Przepraszam''.
-Kogo dręczyłeś ? - odwrócił wzrok i nagle bardzo zainteresował się podłogą. - Kogo dręczyłeś ? - spytał dobitniej nauczyciel. Skinęłam dłonią na Katię, żeby podeszła. Przeszła dzielącą nas drogę chwiejnym krokiem.
-Mnie - powiedziała cichutko
-Potwierdzam, przez tego palanta i jego tak zwane żarty wiele razy płakała, a ostatnią noc spędziła u nas.
-I co, stajesz w obronie tego bachora. Ona nawet nie jest prawdziwym herosem. - warknął Sean.
Dziewczynka głośno wciągnęła powietrze i wybiegła z pawilonu tak szybko, że chłopcy nie dali rady jej złapać. Percy włożył rękę do kieszeni, żeby wyciągnąć Orkana, ale Annabeth (niech bogom będą dzięki) go powstrzymała. Mój ukochany pobiegł za dziewczynką, a w ślad za nim Piper. Chciałam iść z nimi, ale nie mogłam teraz tak po prostu wyjść.
Wymierzyłam uosobieniu wredności, siarczysty policzek, aż obrócił głowę.
-Aaa - syknął - Za co ?
-Za niewinność. Skoro uważasz, że jesteś taki mocny, bo dręczysz młodszych, to stań do walki z kimś lepszym od siebie ?
-Że niby z Tobą ? - roześmiał się
- Chociażby. - uśmiechnęłam się zimno - Chyba, że się boisz ?
- Jestem synem Aresa. Nie będę bał się pojedynku z babą.
-Wybierz miejsce, czas i broń.
-Teraz, zaraz na arenie. Pojedynek na miecze. - i wymaszerował z sali wraz ze swoim rodzeństwem, tak jakby już wygrał tą walkę.
Jason położył mi rękę na ramieniu.
-Jesteś tego pewna ? - spytał
-Jak nigdy. Muszę dać mu nauczkę.
Wyszliśmy z Jadalni i skierowaliśmy się na arenę szermierczą. Część ludzi poszła razem z nami, ciekawa wyniku pojedynku, a część została by dokończyć przerwane śniadanie. Trochę żałowałam, że nie zdążyłam przy śniadaniu, złożyć tacie ofiary. No trudno i tak sobie poradzę. Tak jak zawsze.
Sean stał na środku areny i miał na ustach irytujący uśmiech, a mnie naszła wielka ochota, żeby już teraz, z zaskoczenia, zetrzeć go z jego tępej twarzy. W ręku trzymał ciężki, spiżowy miecz, który był dobry na pokaz, ale niezbyt skuteczny w walce, bo był po prostu za ciężki.
-Jedna rzecz. - zawołałam na wejściu - Jeśli przegrasz, nie będziesz dręczył nikogo.
-A jeśli wygram ?
-Będziesz robił to na co masz ochotę, a ja nie będę Ci wchodzić w drogę. Przysięgnij.
-Jasne, przysięgam. - rzucił
-Na Styks. - była to najbardziej wiążąca ze wszystkich przysiąg. Znałam jedną osobę, która taką obietnicę złamała. Aż szkoda opowiadać. Trochę go to zaskoczyło, ale szybko się zreflektował.
-Przysięgam na Styks, że jeśli przegram ten pojedynek, to nie będę nikogo dręczył. Pasuje ?
Kiwnęłam z powagą głową, ukrywając uśmiech. Obróciłam na palcu srebrny pierścień, który rozwinął się w równie srebrny miecz. Byłam chyba jedyną osobą, która walczyła srebrnym mieczem. Ale nie potrafiłam odrzucić miecza, który miał taką historię.
Chłopak zaszarżował, ale idąc ciężkością miecza przeleciał obok, lądując w piachu kiedy się przesunęłam. Podniósł się szybko i nasze miecze się skrzyżowały, wydając głośny, metaliczny zgrzyt. Odskoczył  i zaczął to przyskakiwać, to odskakiwać z wyciągniętym mieczem, zmuszając mnie do obrony i uniemożliwiając atak.
Był niezłym szermierzem, ale zbytnio skupiał się na sile i własnej złości, z której czerpał siłę.
Uniósł miecz, który już mu ciążył, ale miał po swojej stronie element zaskoczenia. Opuścił miecz, który przesunął się po całej długości mojego ramienia. Syknęłam z bólu i złości. Wytrącił mi z ręki miecz, który wyleciał w powietrze i wylądował przy drugim końcu areny.
Zaśmiał się , przekładając miecz z ręki do ręki.
-I co teraz ? - spytał z udawaną troską, przykładając mi do gardła miecz - Biedactwo.
Pokazałam mu tylko obraźliwy gest. ''Rzeczywiście, co teraz ?'' I nagle przyszło mi coś do głowy.
-Nadal jesteś taka pewna siebie, królewno ? - pomyślałam, o tym czego potrzebowałam.
-Tak - odszepnęłam
Zdziwił się i w tym momencie, nad moją głową przeskoczył biały kształt, powalając go na ziemię. Zwierzę trzymało przednie łapy na jego piersi i warczało groźnie. Jego bliźniak o ciemnej sierści przybiegł z moim mieczem w pysku.
-Dobry piesek - wzięłam miecz i pogłaskałam go po głowie - Dziękuję.
Podeszłam do unieruchomionego dziecka Aresa, które nie potrafiło poradzić sobie nawet z psem.

-I co teraz, biedactwo ? - powtórzyłam jego słowa.
-Zabierz to bydle - warknął, a zwierzę warknęło na niego.
-Anch - pstryknęłam palcami.
Przesunęłam mieczem nad jego twarzą, rozcinając mu policzek. Kopnięciem wybiłam mu jego miecz z ręki i zawiesiłam czubek ostrza tuż nad jego sercem.
Spojrzał na mnie zawistnie, jakby wolał, żebym teraz go zabiła, niż później musiałby znosić wszystkie docinki rodzeństwa i całego obozu.
I właśnie dlatego zwinęłam miecz z powrotem w pierścień i podałam mu rękę. Odtrącił ją i sam podniósł się z ziemi. Wybiegł z areny szybko, upokorzony i wściekły jak nigdy.
Ludzie zaczęli wiwatować, a na arenę spadł deszcz srebrzystych strzał. U szczytu areny stanęła dziewczyna, którą poznałabym wszędzie.
-Thalia - uśmiechnęłam się. W jej jaskrawoniebieskich oczach, nawet z tej odległości dostrzegłam iskierki radości ze spotkania. Pobiegłyśmy obie w swoją stronę i spotkałyśmy się w mocnym uścisku. Spojrzałam w twarz młodszej siostry.
-Nic się nie zmieniłaś. - jej twarz była jak rzeźbiona w lodzie, ale na te słowa uśmiechnęła się i lód stopniał.
-Tak jak i ty. - puściła mnie - Dostałaś moją wiadomość ?
-Wiadomość ? Nie, nic takiego nie pamiętam.
Wzruszyła ramionami.
-No nic, ważne, że się spotkałyśmy. Doszły mnie słuchy, że szykuje się kolejny koniec świata. Macie jakiś plan ?
Zbiła mnie z tropu tym pytaniem. Plan na koniec świata ?
-Po prawdzie to... - zastanowiłam się i do głowy przyszło mi kilka scenariuszy, z których każdy był gorszy od poprzedniego. - nie. - pokręciłam głową z rezygnacją.
-Więc Łowczynie meldują się na posterunku. - za nią pojawiły się ponad dwa tuziny dziewczyn. Wokół rozległy się ciche szepty, głównie męskiej części widowni. Łowczynie rozejrzały się tylko z niesmakiem jakby niemo pytały ''Czy musimy tu być ?''. Thalia zwróciła się do nich.
-Phoebe, zabierz je do ósemki, niedługo do was dołączę.
-Ale.. - tropicielka chciała protestować
-To był rozkaz. - Phoebe spojrzała na nią z powątpiewaniem
-Jasne. Chodźcie ! - zwołała swoją grupkę i wymaszerowały nie zaszczycając nas jednym spojrzeniem.
-Może to głupie pytanie, ale jak ty to wytrzymujesz ?
-A jak ty wytrzymujesz Italię ? - tym zamknęła mi usta. W sumie racja.
Wyszłyśmy z areny i spacerując opowiedziałyśmy sobie co zdarzyło się od naszego ostatniego spotkania, które miało miejsce prawie rok temu. Podczas swoich wędrówek nie dostrzegła niczego dziwnego, ani co gorsza zwiastującego kłopoty, które miały nadejść tak niedługo.
Kiedy podeszłyśmy blisko treningu łuczniczego, moja siostra pomogła nie za dobrze radzącym sobie dzieciakom (nie muszę dodawać, że były to same dziewczynki ?).
Na boisku trwała nieprzerwanie wojna pomiędzy synami Apollina i Łowczyniami Artemidy. Jak tak patrzyłam na te dziewczyny, zawzięcie nienawidzące facetów, pomyślałam :
-Tato dotrzymuje obietnicy ?
-Taa - popatrzyła przez chwilę na niebo - Tym razem. - omiotła wzrokiem boisko - Może jednak już do nich dołączę. Do zobaczenia. - i poszła uspokajać bandę nastolatek wyrażających chęć mordu.
Reszta tygodnia przepłynęła we względnym porządku. Zajęcia odbywały się normalnie, choć do łucznictwa wtrącały się Łowczynie. Sean siedział cicho bojąc się, że dostanie mu się, ale nie ode mnie, a od Clarisse, która wróciła i zrobiła mu na dzień dobry karczemną awanturę.
Najgorszym wydarzeniem minionego tygodnia, była decyzja Chejrona, którą wyrażał prośbę (czytaj : rozkaz) abym została na Obozie do końca lata i robiła za osobistego trenera tępej śmiertelniczki.
-Nie wierzę, że kazał mi robić za niańkę. I to w dodatku musiałam zostać tu sama.Siedziałyśmy z Annabeth na plaży, co jakiś czas rzucając drobne kamyczki w fale zatoki.
-Nie jesteś sama, masz nas.
Po za tym nie masz być niańką, tylko nauczycielem.-Wiesz dobrze o co, a raczej o kogo mi chodzi.
-To mnie pocieszyłaś. Nie chcę mieć z nią nic, a to nic wspólnego. Jake może się z nią zadawać, ale ja nawet nie chcę jej widzieć.
-Co ona Ci takiego zrobiła, że jej tak nienawidzisz ?
-Hm, pomyślmy ? Urodziła się ? Przyszła tu i myśli ''Jestem Panna-Ponad-To-Wszystko, możecie mi skoczyć''. Właśnie to mi zrobiła. Mam wymieniać dalej ?
-Dobra, dobra, pojęłam. Co nie znaczy, że masz ją tak traktować.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Westchnęłam.
-Ja wcale nie chcę, żeby ona... no nie wiem, wyleciała stąd. Po prostu martwię się o Jake'a.
-Więc daj im szansę. Jeśli Ci na nim zależy, a wiem, że ty widzisz to lepiej niż ktokolwiek inny, że oni naprawdę do siebie pasują.
''Może ma rację'' pomyślałam ''Może powinnam odpuścić tej blondynie. Tylko, że wcale tego nie chcę''.
-Tyle, że wcale tego nie chcę.
Wbiła swój sztylet w piach.
-Wiesz jaką temperaturę ma ciekły azot ? - spytała ni z tego, ni z owego.
-Co to za pytanie ?
-Wiesz czy nie ? - kontynuowała
- Ciekły
azot wrze w temperaturze −195,8 °C, a zamarza w −210,0 °C. - wyrecytowałam -  Ale co to ma do rzeczy ?
-No to weź swoją nienawiść do Meg i włóż do ciekłego azotu. I przeczekaj.
-Naczytałaś się za dużo Milczenia owiec. - uśmiechnęła się do mnie.
-Może i tak, ale możesz to zrobić ? Dla swojego brata.
-Pomyślę nad tym.
Znowu się zamyśliła.
-A co z Herą i jej kolejnymi pomysłami ?
-Pff, dobre pytanie.
-Moja matka mówi, że powinniśmy być gotowi w każdej chwili bronić obozu.
-A ty co sądzisz, strategu ?
-Myślę podobnie, ale nie mam takiej pewności, przez ostatnie 4 lata nic się nie działo.
Coś rzuciło z nieba ogromny cień, a dla herosa raczej nie oznacza to niczego dobrego. Annabeth spojrzała w górę.
-Powiedz, że to nie to o czym myślę.
-Jeśli myślisz o dużej chmurze, to z czystym sumieniem mówię, że to nie to o czym myślisz.
No jasne, jakby tego wszystkiego było mało na głowę - i to dosłownie - zwala nam się Drakon etiopski. Wyjątkowo wielki i wyjątkowo zły.
-Twoja matka miała stuprocentową rację.
I pobiegłyśmy kolejny raz ratować miejsce, które było dla nas drugim domem.

niedziela, 12 maja 2013

Rozdział XII ~*~Alexis~*~

Rozdział 
XII
 ~*~Alexis~*~
 Odprowadziłam tę dziewczynę, tak jak chciał Jake, choć jak na mój gust bezpieczniejsza byłaby poza obozem, niż w domku Hermesa. Ale kiedy się uparł... Koniec, końców dawno mu tak na niczym nie zależało, to co miałam zrobić ?
 Jednak obiecałam, że niczego jej nie ułatwię i zamierzam dotrzymać obietnicy.
Rozejrzałam się po Obozie; wokół domków krzątały się ostatnie osoby, ostatnie pary żegnały się przed powrotem do osobnych domków, co przypomniało mi, że i na mnie ktoś czeka. Na szczęście, albo nieszczęście, rodzice uznali, że wystarczająco udowodniliśmy, że potrafimy ze sobą wytrzymać.
 Przeszłam się na plażę, aby w księżycowym świetle przyjrzeć się zatoce, ale to co tam zobaczyłam... no tego się po prostu nie spodziewałam. W księżycowych promieniach zdecydowanie lepiej prezentowała się moja przyjaciółka i jeden z braci Hood, którego z prawdziwym zacięciem obcałowywała. I to tak, jakby od tych pocałunków zależało jej życie.
''Ciekawe - pomyślałam - Bardzo ciekawe''. Podeszłam bliżej uśmiechając się pod nosem.
-Connor, brat Cię potrzebuje. - momentalnie od siebie odskoczyli - Ciebie Paula, też szuka rodzeństwo. - najwyraźniej mnie dojrzała, bo posłała mi mordercze spojrzenie, ale wiedziałam, że w głębi duszy jest szczęśliwa. Nie dlatego, że jej przerwałam, a dlatego, że ten pocałunek miał miejsce.
 Pod ciemną ścianą, starych niczym sam świat sosen, stał prosty domek, w którego oknach paliły się ciepłe światła. Mój, a właściwie nasz dom.
W środku panował równie prosty, lekko eklektyczny wystrój domku z bajki i niepodzielnie królował bałagan. Na kominku, pomimo sierpnia płonął ogień.
Wspięłam się po przypominających drabinę schodach i weszłam do niewielkiego, dziecięcego pokoju.
 Na łóżku leżeli dwaj, najważniejsi dla mnie  chłopcy. Starszy czytał młodszemu bajkę i obaj mieli z tego tyle samo radości.
-Hej - chłopiec przyłożył palec do ust w uciszającym geście. Uniosłam ręce na znak zgody i usiadłam na brzegu łóżka, wsłuchując się w bajkę.
 Szczerze, kilka lat temu, zależnie od humoru, albo wyśmiałabym kogoś, albo strzeliła w twarz, jeżeli powiedziałby mi, że w moim światowym, 'wspaniałym' życiu, znajdzie się miejsce dla takiej sceny. A teraz, w duchu, wyśmiewałam samą siebie, że brałam pod uwagę możliwość, że mogłoby jej nie być. Bajka dobiegła końca.
Chłopak odłożył książkę i przytulił młodszego, po czym przytulił mnie. Czując ciepły dotyk dłoni w pasie, ucałowałam syna w czoło.
-Dobranoc, kochanie - pożegnałam się
-Dobranoc - odparł i przytulił ogromnego, czarnego stwora z pluszu, który w założeniu miał być psem i zamknął oczy.
Dla postronnego obserwatora powyższa scenka, mogła wydać się sielska i rodzinna. Lecz i najwspanialsze osoby mają smutne tajemnice, o których nie chcą mówić. Nie byliśmy rodziną, w każdym tego słowa znaczeniu, ale niewiele nam do tego brakowało. Czasem, byłam wściekła na samą siebie, że pomyłki niektórych, nie mogą być prawdą. Lecz co z tego, że żałowałam. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć.
Wyszliśmy z pokoju, gasząc po drodze światła. Obracając się w progu, patrzyłam na chłopca, którego z dumą nazywałam synem.
-Już śpi. Nie ucieknie Ci. - choć mogłam stać tak całą noc, pozwoliłam się poprowadzić do innego pokoju. Moje, własne już, kroki skierowałam do łazienki.
Nigdy wcześniej nie miałam potrzeby spojrzeć w lustro, by upewnić się, że jestem tą samą osobą. Ale teraz potrzebowałam każdego zapewnienia, że tak jest, i że w ciągu tych 24 godzin świat tak bardzo się nie zmienił.
Oparłam dłonie na zimnym kamieniu i spryskałam twarz równie zimną wodą.
-Wszystko jest w najlepszym porządku - zapewniałam szeptem sama siebie - Wszystko jest dobrze.
-Znowu rozmawiasz sama ze sobą - upomniał mnie ze śmiechem
-Wcale, że nie.
-Wcale tak.
-Nie.
-Tak.
-Absolutnie wykluczone.
-Mów co chcesz i tak mówisz do siebie.
Skończyłam wieczorną toaletę. Mijając się w drzwiach, złożył na moich wargach słodki pocałunek.
Przebrana w piżamę, siedziałam po turecku na łóżku z laptopem na kolanach. Trudno kierować agencją modelek, nie mogąc wyjść poza granice magicznego obozu, ale ja doszłam w tej dziedzinie do perfekcji. Podejmując decyzje za pomocą wizualizacji różnorakich projektów, zdążyłam zauważyć, że mój ukochany siedział w fotelu i czytał. Nie musieliśmy mówić, żeby rozmawiać. Około północy, odłożyłam laptop do skrzyni w nogach łóżka i zwinęłam się pod kołdrą. Położył się obok mnie i objął ramionami. Po raz kolejny słowa były zbędne.
*Ranek*
Standardowo obudziły mnie dwie rzeczy. Słońce i skaczący po łóżku Aidan
-Skarbie możesz się nade mną nie znęcać, proszę ?
-Móc, mogę, ale nie chcę.
-Po kim jesteś tak wygadany ?
-Po mamie. - ukazał komplet śnieżnobiałych ząbków. Próbował ściągnąć mnie z łóżka - No chodź, chcę jechać. Chcę jechać.
-Wstaję, wstaję. Tak na marginesie, jest niedziela.
-Tak na marginesie, to dwie godziny temu miałaś wyznaczony pojedynek.
-Co ?! - zerwałam się z łóżka.
-Sama to ustaliłaś. - wzruszył ramionami - I nie masz domku Aresa.
- Jasna...- opanowałam się - Zamorduję go kiedyś.
-Kogo, mamuś ? - dopytywał
-Nie ważne. Idź już na dół.
Ubrałam się.. 'Naprawdę go kiedyś zamorduję. I on dobrze o tym wie.' Zeszłam na dół.
Chłopiec skakał przy drzwiach, niczym mały piesek w oczekiwaniu na spacer.
Na blacie stała filiżanka kawy, a obok leżała biała margerytka. Kawę wypiłam, a kwiatek dziwnym trafem zniknął. Zniecierpliwiony chłopiec pociągnął mnie ku drzwiom.
-Idę przecież. - ale on i tak maszerował w stronę Wzgórza Herosów, trzymając moją dłoń. - Czekaj. Chciałam jeszcze kogoś zabrać. - przystanął
-Kogo ?
-Tą  nową, Meg i jej siostrę.
-Przecież się nie lubicie - stwierdził rezolutnie.
-Ty nie bądź taki Sherlock. Nawet jeśli, to ty się w to nie mieszaj. Okej ?
-Jak sobie życzysz - zrobił udawany ukłon. Pokręciłam tylko z uśmiechem głową.
Pobiegł szukać Lilly i jej siostry. Przyprowadził obie po pięciu minutach; ja czekając na nich, ustaliłam z Argusem pobieżnie plan naszej podróży.
Margaritte cicho krzyknęła kiedy zobaczyła naszego szefa ochrony. Może i miał o 49 par oczu za dużo, ale czy to był powód, aby krzyczeć na jego widok ? Lilly jak to dziecko, była nim zafascynowana.
-Po co chciałaś mnie widzieć ? - spytała oschle dziewczyna
-Wybieramy się na Manhattan i pomyślałam, że może chciałabyś jechać i raczyłabyś poinformować ojca, gdzie jesteś i że jesteś bezpieczna.
-Jego to nie obchodzi. - wymruczała
-No to po ubrania, rzeczy, nie wiem. Staram się być dla Ciebie miła, a ty tylko kręcisz nosem i kwękasz, że nie chcesz. Nie musisz jechać. - próbowała protestować, ale jej siostra bez pardonu wpakowała się do samochodu, co przeważyło szalę decyzji - Wsiadaj.
Argus, jak na stuokiego przystało, nieźle prowadził, nawet w weekendowych korkach.
-Meg, gdzie mieszkasz ?
Podała adres. Niezła dzielnica... oczywiście jak na nią.
-Potrzebujesz obstawy ? - zasugerowałam przymilnie
-Obejdzie się - fuknęła wysiadając
Zostałyśmy we dwie, razem z dwójką dzieci i ochroną.
-Co teraz ? - spytała Paula
-Jak to co ? Zakupy. - uśmiechnęłam się  do niej we wstecznym lusterku - Ale najpierw odstawimy dzieciaki. Bryant Park, znasz drogę ? - zwróciłam się do Argusa. Kiwnął głową. Nigdy się nie odzywał, jak podejrzewamy, przez oko na języku.
 Mój ochotnik na niańkę już czekał, jak zwykle wyróżniając się z tłumu. Z niepewnością spojrzał na dwójkę prowadzonych przeze mnie dzieci. Uśmiechnęłam się rozbrajająco. W końcu, mi się nie odmawia.
-Hej, popilnujesz ich trochę ? - patrzył na mnie jak na kosmitkę, jednocześnie z przerażeniem w oczach - Dzięki. - pomachałam im na pożegnanie i pobiegłyśmy we dwie w miasto, zanim zdążył zaprotestować.
-Prawdziwe z Ciebie wcielenie zła. - roześmiała się
-No co ? Poprosiłam tylko, żeby zaopiekował się dwójką dzieci, a nie wygłodzonym lwem. To nie jest złe.
-Zależy jak dla kogo. Wydaje mi się, że te dzieci raczej będą pilnować jego, niż on ich. - wzruszyłam ramionami.
-A czy to ważne ? Grunt, że mają starszego opiekuna. - kolejny wybuch śmiechu. Ludzie i tak zwracali na nas uwagę z powodu urody modelek, a teraz doszło głośne zachowanie. Ale takim jak my wybacza się wszystko, nie ?
-To prawda.
-A później sesja psycho ? - uśmiechnęłyśmy się do siebie. To był taki nasz osobisty dowcip. Mama Pauli jest psychoterapeutką gwiazd Hollywood. I to właśnie swoim słonecznym podejściem do życia, które Paula odziedziczyła, zwróciła uwagę boga słońca. Zapewne jej uroda i zadziorny charakter, też miały w tym udział.
-Dzwonić do mamy i umawiać sesję ? - spytała radośnie, ale tylko pokręciłam głową.
Przeszłyśmy kilka przecznic, przyglądając się wystawom. Dotarłyśmy w końcu do alei Lex i to tam zaczęły się prawdziwe zakupy, na które spuścimy zasłonę miłosierdzia.
Obładowane torbami, wartymi zapewne jakieś kilka- góra kilkanaście tysięcy, szłyśmy chodnikiem, a tłumy nowojorczyków, który rozstępował się przed nami niczym Morze Czerwone.
-A co to miało być, to wczoraj na plaży ? - spytałam od niechcenia
-Nic - odpowiedziała szybko. Za szybko.
-Gdybym tego nie widziała, to może bym Ci i uwierzyła.
-I co takiego widziałaś ? Zwykły pocałunek i tyle. - mówiąc to przyglądała się płytom chodnika
-Nie chce tego ciągnąć ?
-Gorzej - mruknęła
-Nie powiedziałby, że Cię nienawidzi. Nie on i nie Tobie.
-No nie. Powiedział co innego.
Nie próbowałam nawet zgadywać. Jeśli będzie chciała, sama mi to powie. Tymczasem wpadłyśmy na kawę, jednocześnie dzwoniąc po podwózkę.
Siedząc przy stoliku, moja przyjaciółka w końcu zdecydowała się odezwać.
-No bo on... - zaczęła
-Tak ? - podniosłam wzrok znad laptopa
-On - westchnęła głęboko - zapytał mnie o chodzenie.
-To jest takie straszne ? Chyba nie jest aż tak brzydki, co ?
-No nie, w sumie to bałam się twojej reakcji.
-Teraz ja jestem straszna ? Grunt, to żebyś była szczęśliwa.
-No to jak wrócimy, to dam mu odpowiedź. A swoją drogą, to co z Meg ?
-Na piorun piorunów ! Zapomniałam o niej. Szybko, chodź.
Zerwałyśmy się, zbierając torby z ziemi i rzucając na blat banknot.
Argus już czekał, szybko wrzuciłyśmy wszystko do bagażnika terenówki i wróciliśmy pod dom, przed którym stała nieźle wkurzona śmiertelniczka.
-Nic Cię nie zabiło. - stwierdziłam z żalem w głosie, za co Paula dała mi kuksańca.
-Gdzie Lilly ? - spytała obcesowo
-Raczej bezpieczna.
-Co ma znaczyć raczej ?!
-Jest pod opieką. I nic jej nie zabije. Pasuje ?
-Nie ! Kto ich pilnuje ?
-Mój... przyjaciel.
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy podjechaliśmy pod bramę parku.
Rozbroił mnie widok, jaki tam zastaliśmy. Ktoś kto dzieci boi się jak największego zła i unika jak ognia, teraz trzyma jedno na rękach rozmawiając z drugim.
-To ta twoja opieka ? - syknęła
-Aha - tylko tyle zdołałam wykrztusić. Otworzyłam tylne drzwi. Delikatnie posadził śpiącego chłopca na fotelu, jakby ten był porcelanową lalką, która może stłuc się przy najlżejszym uderzeniu. Lilly usiadła pomiędzy nim, a swoją siostrą i poczęła cicho relacjonować przebieg dnia. Zamknęłam drzwi.
-Coś ty im zrobił ? - spytałam odwracając się
-Nic takiego. Zmęczył się. - uśmiechnął się. Uniosłam jedną brew, ale nic nie powiedziałam, choć zdecydowanie było to podejrzane.
-Dzięki. - powiedziałam po prostu i wtuliłam się w marynarkę chłopaka, jak zwykle pachnącą bursztynowym kadzidłem.
-Nie ma za co - szepnął w moje włosy. Spojrzał mi w oczy. - Bardzo... pouczające doświadczenie.
-Pouczające. - pokiwałam głową. Wsiadając jeszcze odwróciłam się, ale jego już nie było.
Na obóz wróciliśmy tuż przed kolacją.
Paula wysiadła pierwsza, biegnąc w stronę grupy idącej od strony domku Hermesa. Nie wiem jak go rozpoznała, ale dopadła do Connor'a całując go namiętnie. Wszyscy obecni bili brawo.
Uśmiechnęłam się. Każda potwora znajdzie amatora.
-O proszę, o wilku mowa, a wilk tu.
-Też tęskniłem - Nico roześmiał się i pocałował mnie czule - Zakupy udane ?
Otworzyłam bagażnik, a on otworzył szeroko oczy
-Jak widać.
-To wszystko Twoje ? - spytał z irracjonalnym zdziwieniem
-Co ty - odpowiedziałam radośnie - Połowa jest jej - wskazałam na nową obozową parę
-Aha - skwitował bez entuzjazmu
-No co jest ? Nie smutaj. - roześmiałam się i dałam mu kuksańca w bok. Uśmiechnął się krzywo. Wyjęłam część toreb z auta.
-Twoje zakupy doprowadzą mnie kiedyś do szału.
Podałam mu to co wyjęłam.
-Nie gadaj tylko zanieś to do domu. - rzucił mi wściekłe spojrzenie, ale torby zaniósł. Ja poniosłam drugą część w przeciwną stronę, do domku Apollina i rzuciłam to wszystko na łóżko przyjaciółki. Niezbyt interesował mnie los niektórych rzeczy, jeśli któraś z dziewczyn dotrze tu przed grupową. Następnie zajrzałam do pawilonu jadalnego, ale nie było tam osoby, której szukałam. Pobiegłam do trzynastki. Jeśli tam jej nie będzie, to już nie mam pomysłów gdzie jej szukać.
Jednak nie musiałam szukać dalej, na łóżku leżała Hazel, której szukałam. Wyglądała jak zwykle, choć zdecydowanie widać po niej było siódmy miesiąc ciąży.
-Hej. - usiadłam obok niej, stawiając na łóżku błękitną torbę.
-Cześć - spojrzała na torbę - Dla mnie ?
-Dla was - przesunęłam torbę bliżej niej. Zajrzała do torby w której leżały schludnie złożone dziecięce ubranka, a na samej górze para złotych kolczyków inkrustowanych perłami. Dziewczyna uniosła je samą siłą woli. - Podobają Ci się ?
Nie odpowiedziała, tylko nadal wpatrywała się w biżuterię. A może jednak w cenę, której zapomniałam zdjąć.
-Ile ? - szepnęła zszokowana i powtórzyła pytanie głośniej.
Z niewinną miną wymieniłam jej kwotę, za którą można było utrzymać przeciętną amerykańską rodzinę i to przez kilka lat.
-Jesteś szalona. - stwierdziła
-Wszyscy mi to mówią. - wzruszyłam ramionami - Ty, twój brat, moja rodzina. - zaczęłam wyliczać na palcach - Ale zasługujesz na nie. Pasują do Ciebie.
-Brak mi słów. No to chyba, dziękuję. - przytuliła mnie
-Nie ma za co.
Przez niemal godzinę przeglądałyśmy ubrania i gadałyśmy o wszystkim. Kiedy z ogniska wróciła Natalie, rozmawiałyśmy we trójkę. Ostatecznie wyszłam stamtąd po prawie trzech godzinach. Było już po kolacji, a i ognisko dobiegało końca, więc większość ludzi była już w domkach.
Weszłam do domu prawie że na palcach, cicho zamykając drzwi.
Pomimo, że godzina była późna to mój ukochany na mnie czekał.
Na kuchennym blacie stał kieliszek i butelka, drugi trzymał i obracał w dłoniach chłopak siedzący w fotelu przed kominkiem. Ogień dawał lekkie światło, mieszając się z blaskiem świec.
-Późno wracasz. - podniósł wzrok na mnie - Co było tak absorbujące ?
Przysiadłam na poręczy fotela.
-Może i późno i co z tego ? Rozmawiałam z twoimi siostrami.
Cała wymiana zdań brzmiała językiem, który towarzyszył śmiertelnej części naszych rodzin, czyli językiem włoskim.
- Mi amore. - oczy rozjaśnił blask uczucia.
- Scusi - wstałam z fotela i wyciągnęłam laptop z torby - Twoje amore musi popracować.
Z westchnieniem usiadł wraz ze mnę na dywanie i starał się pomagać, co wychodziło mu, prawdę mówiąc, całkiem nieźle. Sama nie wiem skąd u niego taki talent, ale do tej pory decyzje które pomagał mi podejmować, albo wręcz podejmował za mnie, okazywały się niezwykle trafne.
Kiedy kiedyś go o to spytał, uśmiechnął się tajemniczo i odparł :
-Miałem dobrego nauczyciela.
Teraz powiedziałam sama do siebie, ale na tyle cicho aby nie usłyszał :
-Uczeń przerósł mistrza.
Pocałowałam go. Z każdym kolejnym całusem, dystans nagromadzony przez tygodnie rozłąki, zniknął i to do tego stopnia, że nie do końca wiedziałam gdzie jestem, ale szczerze mnie to nie obchodziło. Liczyliśmy się tylko my. On i ja, ja i on - jak to pięknie brzmi.
Ciche pukanie. Cóż to może być ? Bicie serca brzmi inaczej, co znaczy, że mamy gościa.
Odsunęłam się powoli, przedłużając ostatni pocałunek.
-Nie idź - dosłyszałam cichy szept
-Muszę.
-Nie musisz, możesz.
-Chcę - ucięłam
Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i podążył za mną.
Otworzyłam drzwi. Stała w nich dziewczynka z mysimi włosami i oczami, których nie dało się szybko zapomnieć. Jedno miało barwę turkusu, podobnego do tych egzotycznych mórz, a drugie było niemal złote. Teraz w oczach czaiły się łzy.
-Hej Katia - uklękłam przed nią - Co się stało ?
Próbowała coś powiedzieć, ale tylko się rozpłakała. Wprowadziłam ją do środka i posadziłam na kanapie. Nico przykrył ją jakimś kocem i poszedł zaparzyć dziewczynce herbaty. Pomimo sierpnia, noce na obozie do ciepłych nie należały, a Katia była cała mokra.
Przytuliłam ją, zapewniając, że będzie dobrze na zmianę z pytaniem co się stało.
Dopiero po ponad pół godzinie, kiedy wypiła herbatę i przestała tak dygotać, udało jej się wykrztusić, że synowie Aresa pod wodzą Seana oblali ją wodą i wszyscy się śmiali.
-A Chris ? Clarisse ? Nikt Ci nie pomógł ?
-Oni jeszcze nie przyjechali - chlipnęła - Nie ma nikogo. - otuliłam ją mocniej kocem. Rzeczywiście, nigdzie nie widziałam Clarisse, ani jej chłopaka.
-Na razie zostań tutaj. Nie ma sensu, żebyś wracała do 11. Jutro coś wymyślimy.
Wzięłam z góry jakieś suche ubrania, które mogły na nią jako tako pasować.
Na dole mój chłopak próbował ją rozśmieszyć i nawet mu się to udawało. Zabrałam dziewczynkę do łazienki, wytarłam włosy i pomogłam przebrać w suche ciuchy. Mokre rozwiesiłam do wyschnięcia. Otarłam łzy z tych jej oryginalnych oczu. Często to właśnie one były powodem docinków. Mówili, że nie może być półbogiem, że jest dziwadłem.
Katia była córką Merkurego i rodzoną siostrą Chrisa. Czasem Reyna podsyłała nam dzieciaki, które nie nadawały się na legionistów, a my oddawaliśmy im zbyt 'rzymskie' dzieciaki.
Wyzwiska i idiotyczne żarty pod adresem dziewczynki zdawały się nie mieć końca, a jedyną osobą, która zawsze stawała po jej stronie był jej brat.
Od niedawna, kiedy Sean stał się ze swoimi żartami zbyt okrutny, Clarisse za prośbę Chrisa zaczęła stopować dręczyciela, ale kiedy ich nie było, Katia była bezbronna. Nikogo innego nie obchodziła na tyle, żeby stawać naprzeciwko dzieciom Aresa i mimo, że czasem my stawaliśmy w jej obronie, to Sean nas po prostu nie respektował. Dla niego byliśmy tylko ludźmi , którzy psują mu zabawę.
Ułożyłam ją na leżance, na której miała spać tej nocy.
-Dziękuję Alex. - patrzyła na mnie ufnymi oczami
-Nie masz za co. Opowiem Ci bajkę, chcesz ? - z uśmiechem pokiwała głową
-Przed wiekami w małej wiosce mieszkała z pozoru zwykła dziewczyna. Jej nietypowa uroda budziła podziw, ale i strach w prostych mieszkańcach wioski. Z początku uważali ją za talizman, bo w jej oczach kryła się woda, której nigdy im nie brakowało i ziemia, która rodziła wspaniałe plony. Można było uznać wieśniaków za szczęśliwych, ale do czasu, kiedy wioskę nawiedził okrutny potwór. Rodzice dziewczyny dobrze wiedzieli, że to po nią przyszedł smok, dlatego dobrze ją ukryli. Ale to nie przeszkodziło smokowi w zniszczeniu wioski.
Ci którzy przeżyli, uznali dziewczynę za przekleństwo i wygnali ją z ruin, niegdyś wspaniałej wsi.
Przeszła niemal cały świat, aż dotarła do chińskiej świątyni. Tam w przesyconym zapachem jaśminu mroku, spotkała starca, który rozłożył przed nią gałązki jaśminu, z wyrytymi na nich numerkami. Miała wybrać jedną, wybrała tę z numerem 11.
''Znajdź siłę w najprostszym zadaniu, na drodze do prawdy serca.'' ~ powiedział mędrzec wręczając gałązkę zdziwionej dziewczynie i rozwiał się w mgłę wraz z całą świątynią.
Na pustej polanie stała sama, przyciskając do piersi gałązkę, a w jej głowie wciąż na nowo i na nowo pobrzmiewało jedno zdanie : ''
Znajdź siłę w najprostszym zadaniu, na drodze do prawdy serca.''
'Cóż to mogło znaczyć ?' ~ myślała ~ 'A może to tylko sen ?'
Każde pytanie rodziło kolejne, ale na żadne nie było odpowiedzi.
Mijały kolejne lata, ale odpowiedzi nadal nie było. Znalazła schronienie w małej wiosce.
Pewnego dnia zbierała w gaju gałązki kwitnącego jaśminu, tamtą gałązkę mając przypiętą do sukni.
Spotkała wtedy pięknego młodzieńca o oczach tak niebieskich, że niemal fioletowych, siedzącego na  koniu. Młodzieniec ubrany był w mundur gwardii cesarskiej. Wpatrywali się w nią z osłupieniem, i koń i żołnierz. Zsiadł z konia, podszedł do niej i kłaniając się spytał :
'Czy mogę dostać jedną z twoich gałązek ?'
Wręczyła mu najpiękniejszy kwiat, jaki zerwała.
'Nie, nie' ~pokręcił głową ~ 'Chciałbym tę najbliżej serca'
Z wielkim trudem przyszło jej odpięcie gałązki od mędrca, ale zrobiła to i czym prędzej uciekła.
Tydzień za tygodniem upływał czas samotności. Po prawie pół roku w pobliżu wioski stacjonowało wojsko. W poszukiwaniu zapasów do wsi przybyło kilku żołnierzy pod wodzą... pięknego młodzieńca z lasu. Do munduru wciąż miał przypiętą gałązkę jaśminu.

-I byli zawsze razem ? -spytała
-Choć wiele razy próbowano ich rozłączyć nikomu do tej pory się to nie udało.
-Żyją do teraz ?
-Być może. Bohaterowie baśni i legend są wiecznie żywi. Żywi w naszych sercach.
-To dobrze. - zamknęła oczy - To dobrze.
Ucałowałam ją w czoło.
-Śpij dobrze.
Siedzący na schodach chłopak przyglądał mi się ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ? - zdziwiłam się. Pokręcił głową w zamyśleniu. Wyciągnęłam do niego ręce . - Wstawaj. No, wstajemy. - próbowałam podciągnąć go do pionu, ale oczywiście mi to nie wyszło. Wylądowałam na podłodze. -Ej no ! To nie fair !
Wstał i wziął mnie na ręce.
-To jest fair ? - spytał z perfidnym uśmiechem niosąc mnie po schodach.
-Jak najbardziej. - przybrałam najbardziej dumną pozę, na jaką pozwalała mi obecna sytuacja - Księżniczkę trzeba nosić na rękach. A teraz mnie puść !
-Oczywiście cessa. - postawił mnie na podłodze.
-Przestań mnie tak nazywać. - zmierzwiłam ciemne włosy ukochanego.
-Jak cessa ? - stałam na krawędzi, gotowa utonąć w jego ciemnych oczach - Jak Cię nie nazywać ?
-Właśnie tak. - pocałował mnie
-Jak aniele ? - kolejny pocałunek
-Tak. Właśnie tak jak te... - znów nie pozwolił mi skończyć - raz. Przestań. - przyłożyłam mu palec do ust. - Nie nazywaj mnie księżniczką, wiesz jak tego nie lubię.
-Wiem, ale to tak do Ciebie pasuje - uśmiechnął się - Mała.
Trzepnęłam go mocno w ramię.
-Nie. Waż. Się. Tak. Mówić ! - wycedziłam, kończąc z krzykiem.
-Bo co ?
Rzuciłam w niego pierwszą z brzegu poduszką.
-Za co ?
-Domyśl się. - warknęłam
-Powarcz jeszcze trochę, to zaczniesz szczekać.
Cisnęłam w niego kolejnymi poduszkami, a kiedy mi ich zabrakło, zaczęłam go gonić po całym pokoju ze śmiechem. Ostatecznie dopadłam go na łóżko, całując w szyję.
-Dziękuję, że jesteś. - powiedzieliśmy w tym samym momencie.