Rozdział
XIII
Wstałam pierwsza, tuż po wschodzie słońca. Wyszłam na taras, rozglądając się po śpiącym jeszcze obozie. Słońce złotymi palcami muskało pola truskawek, wzgórza i lasy, a także zatokę Long Island.
Srebrzysty poblask domku Artemidy już gasł, za to złoty - Apollina, rozbłyskał. Wiatrowskaz na Wielkim Domu skrzypnął przyjaźnie i zwrócił się ku południu. W głębiach lasu, gdzie nie docierało światło budziły się potwory. Ryki i skrzeki mieszały się ze śpiewem ptaków.
Niebo nabierało barwy coraz jaskrawszego błękitu, wychodząc z pastelowych odcieni lilaróż i brzoskwini, wybielając baranki chmur.
Niebo zawsze było moim żywiołem, prawdę mówiąc w powietrzu czułam się stabilniej i pewniej niż na ziemi. Po chwili stałam na zielonej trawie.
Przeszłam się na wzgórze, gdzie Peleus pilnował Złotego Runa, zawieszonego na sośnie Thalii. Pomimo, że ducha mojej siostry od lat tam nie było, nazwa pozostała. Runo wyleczyło drzewo, włącznie z ożywieniem Thalii.
Smok uniósł łeb i zbliżył się do mnie.
-Cześć Peleusie - pogłaskałam go po chropowatym łbie, a on w zamian obwąchał moje ręce i kieszenie - Przykro mi, nie mam nic do jedzenia. Ale obiecuję przynieść Ci obiad.
Przekrzywił łeb i wyszczerzył komplet kłów, co miało być pełnym aprobaty uśmiechem.
Tuż obok coś zabłysło i myślałam, że to słońce odbija się w kłębach Runa, dopóki owy 'błysk' się nie odezwał.
-Alexis, moja duszko. Witaj. - aż za dobrze znałam ten fałszywie przyjazny ton, który zawsze wróżył kłopoty. Natychmiast się odwróciłam.
-Pani Hero - ukłoniłam się sztywno
-Zapewne domyślasz się celu mojej wizyty.
-Z całym szacunkiem, pani. Ale... nie.
Najwyraźniej zdziwiło ją to, bo sztuczny uśmiech spełzł z jej wyrachowanej twarzy.
-Cóż, powinno być to jasne. Pamiętasz o czym powiedziałam Ci kilka lat temu. Teraz przyszedł odpowiedni czas.
Przesunęłam się wspomnieniami do owej rozmowy, a kiedy dotarło do mnie o czym mówi moja macocha, zmroziło mnie.
-Już wiesz - uśmiechnęła się do mnie - Potrzebuję nowego rycerza. Tamci już mi się znudzili.
Nadal się uśmiechała, ale jej oczy mówiły, a raczej krzyczały : ''Nie sprzeciwiaj mi się. Matka zawsze wie lepiej.''
-Nie - powiedziałam cicho
- Nie ? Śmiesz mi się sprzeciwiać ? - wycedziła ostatnie zdanie.
-Owszem pani Hero. Nie dostaniesz mojego syna, tylko dlatego, że chcesz nowej zabawki.
Gromiła mnie wzrokiem, kiedy urosła do swojej zwykłej, siedmiometrowej postaci. Ale nagle coś się zmieniło. Uśmiechnęła się szeroko i zmalała do ludzkiego wzrostu.
-Och i tak go dostanę. Sama mi go oddasz, moja droga - dotknęła mojego ramienia - Wkrótce. - znikła w rozbłysku światła.
Rozległ się głos konch wzywającej na śniadanie.
Pobiegłam pędem w dół wzgórza, niemal wpadając na Annabeth przy pawilonie jadalnym. Przytrzymała mnie, żebym nie upadła.
-Co się stało ? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.
- Gorzej - jęknęłam i streściłam jej całą rozmowę.
-Głupia, irytująca krowa - skwitowała - Nie wierzę, że Ci to zaproponowała.
-Ona niczego mi nie zaproponowała. Ona kategorycznie zażądała nowego rycerza..
Ann pokręciła głową z niedowierzaniem.
-Pogadamy o tym później, okej ?
-Pewnie.
Każda z nas odeszła do swojego stolika. Jason machał mi z daleka, a kiedy podeszłam, spytał :
-Hera znów miesza ?
-Skąd Ci to przyszło do głowy ? - spytałam z ironią
-Wizja senna. Twierdzi, że jeśli nie zrobimy tego o co prosi, to nasza nowa misja spełznie na niczym.
-Och, to Jej Irytująca Wysokość, Królowa Olimpu umie prosić ? - wzruszył ramionami
-Tyle, że wiesz. Bogowie jacy by nie byli, potrzebujemy ich tak samo, jak oni nas. Po prostu powinniśmy jej posłuchać.
-Żartujesz ?! Ostatnim razem, kiedy przyszło Ci słuchać jej ''prośby'' - nakreśliłam palcami w powietrzu cudzysłów - omal Cię nie zabiła.
-No wiem - zmieszał się - ale ostatecznie nam pomogła, nie ?
-Taak. - po całej jadalni rozległ się głośny, szyderczy śmiech synów Aresa. Obróciłam się, do pawilonu weszła Katia z obstawą, w osobie Nica i Percy'ego. Kiedy usłyszała śmiechy, chciała się cofnąć, ale chłopcy ją przytrzymali. - Nie, no. To już jest szczyt wszystkiego. - wstałam od stolika i podeszłam do grupy boga wojny. - Sean ! Przestań ! - wrzasnęłam
-Bo co, co mi zrobisz, królewno ?
-Chcesz się przekonać ? To miej odwagę i tu podejdź.
Wstał i mimo, że przewyższał mnie o głowę, nie był już tak pewny siebie jak w grupie. Podszedł bliżej i niemal się nade mną pochylił.
-Nadal jesteś taka pewna siebie ?
Szybciej niż zdążył mrugnąć przyłożyłam mu sztylet wysunięty z rękawa.
-Nie zrobisz tego - wycharczał
-Dobrze wiesz, że jeśli dasz mi choć najmniejszy powód, to to zrobię. - odsunęłam nóż od jego gardła
-Zdzira - warknął - Wiedźma i szmata. Nie... - nie dokończył, bo mój wspaniały brat złapał go za bluzkę i bezceremonialnie trzasnął w twarz. Rozległo się satysfakcjonujące chrupnięcie. Odskoczył od niego jak oparzony.
-Złamałeś mi nos, debilu. - krzyknął trzymając się za twarz
-Sean, zamknij się - zawołała któraś z jego sióstr. Dwóch braci przytrzymało go, żeby znów nie rzucił się na Jasona.
-Co tu się dzieje ? - spytał nowo przybyły Chejron, rozglądając się po naszych twarzach - Czy pan, panie O'Connor znów wdaje się w bójki
-To tamten idiota złamał mi nos - zaprotestował
-Ty zacząłeś wyzywać moją siostrę, ciołku.
-Uspokójcie się obaj i bez wyzwisk. - nauczyciel zastukał kopytem w marmur - Wyjaśnij - zwrócił się do Jasona.
-Sean dręczy młodszych, Alex się to nie spodobało i kazała mu przestać, wtedy zaczął ją wyzywać. Ja w zamian za to, złamałem mu nos.
Centaur zakrył dłonią twarz i zmęczonym głosem spytał :
-Jesteście dorośli, nie możecie problemów rozwiązywać jak dorośli ? Czyli inaczej niż bójką ?
-Przepraszamy, Chejronie. - stwierdziliśmy zgodnie, z Jasonem. Po chwili i Sean dodał ciche ''Przepraszam''.
-Kogo dręczyłeś ? - odwrócił wzrok i nagle bardzo zainteresował się podłogą. - Kogo dręczyłeś ? - spytał dobitniej nauczyciel. Skinęłam dłonią na Katię, żeby podeszła. Przeszła dzielącą nas drogę chwiejnym krokiem.
-Mnie - powiedziała cichutko
-Potwierdzam, przez tego palanta i jego tak zwane żarty wiele razy płakała, a ostatnią noc spędziła u nas.
-I co, stajesz w obronie tego bachora. Ona nawet nie jest prawdziwym herosem. - warknął Sean.
Dziewczynka głośno wciągnęła powietrze i wybiegła z pawilonu tak szybko, że chłopcy nie dali rady jej złapać. Percy włożył rękę do kieszeni, żeby wyciągnąć Orkana, ale Annabeth (niech bogom będą dzięki) go powstrzymała. Mój ukochany pobiegł za dziewczynką, a w ślad za nim Piper. Chciałam iść z nimi, ale nie mogłam teraz tak po prostu wyjść.
Wymierzyłam uosobieniu wredności, siarczysty policzek, aż obrócił głowę.
-Aaa - syknął - Za co ?
-Za niewinność. Skoro uważasz, że jesteś taki mocny, bo dręczysz młodszych, to stań do walki z kimś lepszym od siebie ?
-Że niby z Tobą ? - roześmiał się
- Chociażby. - uśmiechnęłam się zimno - Chyba, że się boisz ?
- Jestem synem Aresa. Nie będę bał się pojedynku z babą.
-Wybierz miejsce, czas i broń.
-Teraz, zaraz na arenie. Pojedynek na miecze. - i wymaszerował z sali wraz ze swoim rodzeństwem, tak jakby już wygrał tą walkę.
Jason położył mi rękę na ramieniu.
-Jesteś tego pewna ? - spytał
-Jak nigdy. Muszę dać mu nauczkę.
Wyszliśmy z Jadalni i skierowaliśmy się na arenę szermierczą. Część ludzi poszła razem z nami, ciekawa wyniku pojedynku, a część została by dokończyć przerwane śniadanie. Trochę żałowałam, że nie zdążyłam przy śniadaniu, złożyć tacie ofiary. No trudno i tak sobie poradzę. Tak jak zawsze.
Sean stał na środku areny i miał na ustach irytujący uśmiech, a mnie naszła wielka ochota, żeby już teraz, z zaskoczenia, zetrzeć go z jego tępej twarzy. W ręku trzymał ciężki, spiżowy miecz, który był dobry na pokaz, ale niezbyt skuteczny w walce, bo był po prostu za ciężki.
-Jedna rzecz. - zawołałam na wejściu - Jeśli przegrasz, nie będziesz dręczył nikogo.
-A jeśli wygram ?
-Będziesz robił to na co masz ochotę, a ja nie będę Ci wchodzić w drogę. Przysięgnij.
-Jasne, przysięgam. - rzucił
-Na Styks. - była to najbardziej wiążąca ze wszystkich przysiąg. Znałam jedną osobę, która taką obietnicę złamała. Aż szkoda opowiadać. Trochę go to zaskoczyło, ale szybko się zreflektował.
-Przysięgam na Styks, że jeśli przegram ten pojedynek, to nie będę nikogo dręczył. Pasuje ?
Kiwnęłam z powagą głową, ukrywając uśmiech. Obróciłam na palcu srebrny pierścień, który rozwinął się w równie srebrny miecz. Byłam chyba jedyną osobą, która walczyła srebrnym mieczem. Ale nie potrafiłam odrzucić miecza, który miał taką historię.
Chłopak zaszarżował, ale idąc ciężkością miecza przeleciał obok, lądując w piachu kiedy się przesunęłam. Podniósł się szybko i nasze miecze się skrzyżowały, wydając głośny, metaliczny zgrzyt. Odskoczył i zaczął to przyskakiwać, to odskakiwać z wyciągniętym mieczem, zmuszając mnie do obrony i uniemożliwiając atak.
Był niezłym szermierzem, ale zbytnio skupiał się na sile i własnej złości, z której czerpał siłę.
Uniósł miecz, który już mu ciążył, ale miał po swojej stronie element zaskoczenia. Opuścił miecz, który przesunął się po całej długości mojego ramienia. Syknęłam z bólu i złości. Wytrącił mi z ręki miecz, który wyleciał w powietrze i wylądował przy drugim końcu areny.
Zaśmiał się , przekładając miecz z ręki do ręki.
-I co teraz ? - spytał z udawaną troską, przykładając mi do gardła miecz - Biedactwo.
Pokazałam mu tylko obraźliwy gest. ''Rzeczywiście, co teraz ?'' I nagle przyszło mi coś do głowy.
-Nadal jesteś taka pewna siebie, królewno ? - pomyślałam, o tym czego potrzebowałam.
-Tak - odszepnęłam
Zdziwił się i w tym momencie, nad moją głową przeskoczył biały kształt, powalając go na ziemię. Zwierzę trzymało przednie łapy na jego piersi i warczało groźnie. Jego bliźniak o ciemnej sierści przybiegł z moim mieczem w pysku.
-Dobry piesek - wzięłam miecz i pogłaskałam go po głowie - Dziękuję.
Podeszłam do unieruchomionego dziecka Aresa, które nie potrafiło poradzić sobie nawet z psem.
-I co teraz, biedactwo ? - powtórzyłam jego słowa.
-Zabierz to bydle - warknął, a zwierzę warknęło na niego.
-Anch - pstryknęłam palcami.
Przesunęłam mieczem nad jego twarzą, rozcinając mu policzek. Kopnięciem wybiłam mu jego miecz z ręki i zawiesiłam czubek ostrza tuż nad jego sercem.
Spojrzał na mnie zawistnie, jakby wolał, żebym teraz go zabiła, niż później musiałby znosić wszystkie docinki rodzeństwa i całego obozu.
I właśnie dlatego zwinęłam miecz z powrotem w pierścień i podałam mu rękę. Odtrącił ją i sam podniósł się z ziemi. Wybiegł z areny szybko, upokorzony i wściekły jak nigdy.
Ludzie zaczęli wiwatować, a na arenę spadł deszcz srebrzystych strzał. U szczytu areny stanęła dziewczyna, którą poznałabym wszędzie.
-Thalia - uśmiechnęłam się. W jej jaskrawoniebieskich oczach, nawet z tej odległości dostrzegłam iskierki radości ze spotkania. Pobiegłyśmy obie w swoją stronę i spotkałyśmy się w mocnym uścisku. Spojrzałam w twarz młodszej siostry.
-Nic się nie zmieniłaś. - jej twarz była jak rzeźbiona w lodzie, ale na te słowa uśmiechnęła się i lód stopniał.
-Tak jak i ty. - puściła mnie - Dostałaś moją wiadomość ?
-Wiadomość ? Nie, nic takiego nie pamiętam.
Wzruszyła ramionami.
-No nic, ważne, że się spotkałyśmy. Doszły mnie słuchy, że szykuje się kolejny koniec świata. Macie jakiś plan ?
Zbiła mnie z tropu tym pytaniem. Plan na koniec świata ?
-Po prawdzie to... - zastanowiłam się i do głowy przyszło mi kilka scenariuszy, z których każdy był gorszy od poprzedniego. - nie. - pokręciłam głową z rezygnacją.
-Więc Łowczynie meldują się na posterunku. - za nią pojawiły się ponad dwa tuziny dziewczyn. Wokół rozległy się ciche szepty, głównie męskiej części widowni. Łowczynie rozejrzały się tylko z niesmakiem jakby niemo pytały ''Czy musimy tu być ?''. Thalia zwróciła się do nich.
-Phoebe, zabierz je do ósemki, niedługo do was dołączę.
-Ale.. - tropicielka chciała protestować
-To był rozkaz. - Phoebe spojrzała na nią z powątpiewaniem
-Jasne. Chodźcie ! - zwołała swoją grupkę i wymaszerowały nie zaszczycając nas jednym spojrzeniem.
-Może to głupie pytanie, ale jak ty to wytrzymujesz ?
-A jak ty wytrzymujesz Italię ? - tym zamknęła mi usta. W sumie racja.
Wyszłyśmy z areny i spacerując opowiedziałyśmy sobie co zdarzyło się od naszego ostatniego spotkania, które miało miejsce prawie rok temu. Podczas swoich wędrówek nie dostrzegła niczego dziwnego, ani co gorsza zwiastującego kłopoty, które miały nadejść tak niedługo.
Kiedy podeszłyśmy blisko treningu łuczniczego, moja siostra pomogła nie za dobrze radzącym sobie dzieciakom (nie muszę dodawać, że były to same dziewczynki ?).
Na boisku trwała nieprzerwanie wojna pomiędzy synami Apollina i Łowczyniami Artemidy. Jak tak patrzyłam na te dziewczyny, zawzięcie nienawidzące facetów, pomyślałam :
-Tato dotrzymuje obietnicy ?
-Taa - popatrzyła przez chwilę na niebo - Tym razem. - omiotła wzrokiem boisko - Może jednak już do nich dołączę. Do zobaczenia. - i poszła uspokajać bandę nastolatek wyrażających chęć mordu.
Reszta tygodnia przepłynęła we względnym porządku. Zajęcia odbywały się normalnie, choć do łucznictwa wtrącały się Łowczynie. Sean siedział cicho bojąc się, że dostanie mu się, ale nie ode mnie, a od Clarisse, która wróciła i zrobiła mu na dzień dobry karczemną awanturę.
Najgorszym wydarzeniem minionego tygodnia, była decyzja Chejrona, którą wyrażał prośbę (czytaj : rozkaz) abym została na Obozie do końca lata i robiła za osobistego trenera tępej śmiertelniczki.
-Nie wierzę, że kazał mi robić za niańkę. I to w dodatku musiałam zostać tu sama.Siedziałyśmy z Annabeth na plaży, co jakiś czas rzucając drobne kamyczki w fale zatoki.
-Nie jesteś sama, masz nas. Po za tym nie masz być niańką, tylko nauczycielem.-Wiesz dobrze o co, a raczej o kogo mi chodzi.
-To mnie pocieszyłaś. Nie chcę mieć z nią nic, a to nic wspólnego. Jake może się z nią zadawać, ale ja nawet nie chcę jej widzieć.
-Co ona Ci takiego zrobiła, że jej tak nienawidzisz ?
-Hm, pomyślmy ? Urodziła się ? Przyszła tu i myśli ''Jestem Panna-Ponad-To-Wszystko, możecie mi skoczyć''. Właśnie to mi zrobiła. Mam wymieniać dalej ?
-Dobra, dobra, pojęłam. Co nie znaczy, że masz ją tak traktować.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Westchnęłam.
-Ja wcale nie chcę, żeby ona... no nie wiem, wyleciała stąd. Po prostu martwię się o Jake'a.
-Więc daj im szansę. Jeśli Ci na nim zależy, a wiem, że ty widzisz to lepiej niż ktokolwiek inny, że oni naprawdę do siebie pasują.
''Może ma rację'' pomyślałam ''Może powinnam odpuścić tej blondynie. Tylko, że wcale tego nie chcę''.
-Tyle, że wcale tego nie chcę.
Wbiła swój sztylet w piach.
-Wiesz jaką temperaturę ma ciekły azot ? - spytała ni z tego, ni z owego.
-Co to za pytanie ?
-Wiesz czy nie ? - kontynuowała
- Ciekły azot wrze w temperaturze −195,8 °C, a zamarza w −210,0 °C. - wyrecytowałam - Ale co to ma do rzeczy ?
-No to weź swoją nienawiść do Meg i włóż do ciekłego azotu. I przeczekaj.
-Naczytałaś się za dużo Milczenia owiec. - uśmiechnęła się do mnie.
-Może i tak, ale możesz to zrobić ? Dla swojego brata.
-Pomyślę nad tym.
Znowu się zamyśliła.
-A co z Herą i jej kolejnymi pomysłami ?
-Pff, dobre pytanie.
-Moja matka mówi, że powinniśmy być gotowi w każdej chwili bronić obozu.
-A ty co sądzisz, strategu ?
-Myślę podobnie, ale nie mam takiej pewności, przez ostatnie 4 lata nic się nie działo.
Coś rzuciło z nieba ogromny cień, a dla herosa raczej nie oznacza to niczego dobrego. Annabeth spojrzała w górę.
-Powiedz, że to nie to o czym myślę.
-Jeśli myślisz o dużej chmurze, to z czystym sumieniem mówię, że to nie to o czym myślisz.
No jasne, jakby tego wszystkiego było mało na głowę - i to dosłownie - zwala nam się Drakon etiopski. Wyjątkowo wielki i wyjątkowo zły.
-Twoja matka miała stuprocentową rację.
I pobiegłyśmy kolejny raz ratować miejsce, które było dla nas drugim domem.
Srebrzysty poblask domku Artemidy już gasł, za to złoty - Apollina, rozbłyskał. Wiatrowskaz na Wielkim Domu skrzypnął przyjaźnie i zwrócił się ku południu. W głębiach lasu, gdzie nie docierało światło budziły się potwory. Ryki i skrzeki mieszały się ze śpiewem ptaków.
Niebo nabierało barwy coraz jaskrawszego błękitu, wychodząc z pastelowych odcieni lilaróż i brzoskwini, wybielając baranki chmur.
Niebo zawsze było moim żywiołem, prawdę mówiąc w powietrzu czułam się stabilniej i pewniej niż na ziemi. Po chwili stałam na zielonej trawie.
Przeszłam się na wzgórze, gdzie Peleus pilnował Złotego Runa, zawieszonego na sośnie Thalii. Pomimo, że ducha mojej siostry od lat tam nie było, nazwa pozostała. Runo wyleczyło drzewo, włącznie z ożywieniem Thalii.
Smok uniósł łeb i zbliżył się do mnie.
-Cześć Peleusie - pogłaskałam go po chropowatym łbie, a on w zamian obwąchał moje ręce i kieszenie - Przykro mi, nie mam nic do jedzenia. Ale obiecuję przynieść Ci obiad.
Przekrzywił łeb i wyszczerzył komplet kłów, co miało być pełnym aprobaty uśmiechem.
Tuż obok coś zabłysło i myślałam, że to słońce odbija się w kłębach Runa, dopóki owy 'błysk' się nie odezwał.
-Alexis, moja duszko. Witaj. - aż za dobrze znałam ten fałszywie przyjazny ton, który zawsze wróżył kłopoty. Natychmiast się odwróciłam.
-Pani Hero - ukłoniłam się sztywno
-Zapewne domyślasz się celu mojej wizyty.
-Z całym szacunkiem, pani. Ale... nie.
Najwyraźniej zdziwiło ją to, bo sztuczny uśmiech spełzł z jej wyrachowanej twarzy.
-Cóż, powinno być to jasne. Pamiętasz o czym powiedziałam Ci kilka lat temu. Teraz przyszedł odpowiedni czas.
Przesunęłam się wspomnieniami do owej rozmowy, a kiedy dotarło do mnie o czym mówi moja macocha, zmroziło mnie.
-Już wiesz - uśmiechnęła się do mnie - Potrzebuję nowego rycerza. Tamci już mi się znudzili.
Nadal się uśmiechała, ale jej oczy mówiły, a raczej krzyczały : ''Nie sprzeciwiaj mi się. Matka zawsze wie lepiej.''
-Nie - powiedziałam cicho
- Nie ? Śmiesz mi się sprzeciwiać ? - wycedziła ostatnie zdanie.
-Owszem pani Hero. Nie dostaniesz mojego syna, tylko dlatego, że chcesz nowej zabawki.
Gromiła mnie wzrokiem, kiedy urosła do swojej zwykłej, siedmiometrowej postaci. Ale nagle coś się zmieniło. Uśmiechnęła się szeroko i zmalała do ludzkiego wzrostu.
-Och i tak go dostanę. Sama mi go oddasz, moja droga - dotknęła mojego ramienia - Wkrótce. - znikła w rozbłysku światła.
Rozległ się głos konch wzywającej na śniadanie.
Pobiegłam pędem w dół wzgórza, niemal wpadając na Annabeth przy pawilonie jadalnym. Przytrzymała mnie, żebym nie upadła.
-Co się stało ? Wyglądasz jakbyś ducha zobaczyła.
- Gorzej - jęknęłam i streściłam jej całą rozmowę.
-Głupia, irytująca krowa - skwitowała - Nie wierzę, że Ci to zaproponowała.
-Ona niczego mi nie zaproponowała. Ona kategorycznie zażądała nowego rycerza..
Ann pokręciła głową z niedowierzaniem.
-Pogadamy o tym później, okej ?
-Pewnie.
Każda z nas odeszła do swojego stolika. Jason machał mi z daleka, a kiedy podeszłam, spytał :
-Hera znów miesza ?
-Skąd Ci to przyszło do głowy ? - spytałam z ironią
-Wizja senna. Twierdzi, że jeśli nie zrobimy tego o co prosi, to nasza nowa misja spełznie na niczym.
-Och, to Jej Irytująca Wysokość, Królowa Olimpu umie prosić ? - wzruszył ramionami
-Tyle, że wiesz. Bogowie jacy by nie byli, potrzebujemy ich tak samo, jak oni nas. Po prostu powinniśmy jej posłuchać.
-Żartujesz ?! Ostatnim razem, kiedy przyszło Ci słuchać jej ''prośby'' - nakreśliłam palcami w powietrzu cudzysłów - omal Cię nie zabiła.
-No wiem - zmieszał się - ale ostatecznie nam pomogła, nie ?
-Taak. - po całej jadalni rozległ się głośny, szyderczy śmiech synów Aresa. Obróciłam się, do pawilonu weszła Katia z obstawą, w osobie Nica i Percy'ego. Kiedy usłyszała śmiechy, chciała się cofnąć, ale chłopcy ją przytrzymali. - Nie, no. To już jest szczyt wszystkiego. - wstałam od stolika i podeszłam do grupy boga wojny. - Sean ! Przestań ! - wrzasnęłam
-Bo co, co mi zrobisz, królewno ?
-Chcesz się przekonać ? To miej odwagę i tu podejdź.
Wstał i mimo, że przewyższał mnie o głowę, nie był już tak pewny siebie jak w grupie. Podszedł bliżej i niemal się nade mną pochylił.
-Nadal jesteś taka pewna siebie ?
Szybciej niż zdążył mrugnąć przyłożyłam mu sztylet wysunięty z rękawa.
-Nie zrobisz tego - wycharczał
-Dobrze wiesz, że jeśli dasz mi choć najmniejszy powód, to to zrobię. - odsunęłam nóż od jego gardła
-Zdzira - warknął - Wiedźma i szmata. Nie... - nie dokończył, bo mój wspaniały brat złapał go za bluzkę i bezceremonialnie trzasnął w twarz. Rozległo się satysfakcjonujące chrupnięcie. Odskoczył od niego jak oparzony.
-Złamałeś mi nos, debilu. - krzyknął trzymając się za twarz
-Sean, zamknij się - zawołała któraś z jego sióstr. Dwóch braci przytrzymało go, żeby znów nie rzucił się na Jasona.
-Co tu się dzieje ? - spytał nowo przybyły Chejron, rozglądając się po naszych twarzach - Czy pan, panie O'Connor znów wdaje się w bójki
-To tamten idiota złamał mi nos - zaprotestował
-Ty zacząłeś wyzywać moją siostrę, ciołku.
-Uspokójcie się obaj i bez wyzwisk. - nauczyciel zastukał kopytem w marmur - Wyjaśnij - zwrócił się do Jasona.
-Sean dręczy młodszych, Alex się to nie spodobało i kazała mu przestać, wtedy zaczął ją wyzywać. Ja w zamian za to, złamałem mu nos.
Centaur zakrył dłonią twarz i zmęczonym głosem spytał :
-Jesteście dorośli, nie możecie problemów rozwiązywać jak dorośli ? Czyli inaczej niż bójką ?
-Przepraszamy, Chejronie. - stwierdziliśmy zgodnie, z Jasonem. Po chwili i Sean dodał ciche ''Przepraszam''.
-Kogo dręczyłeś ? - odwrócił wzrok i nagle bardzo zainteresował się podłogą. - Kogo dręczyłeś ? - spytał dobitniej nauczyciel. Skinęłam dłonią na Katię, żeby podeszła. Przeszła dzielącą nas drogę chwiejnym krokiem.
-Mnie - powiedziała cichutko
-Potwierdzam, przez tego palanta i jego tak zwane żarty wiele razy płakała, a ostatnią noc spędziła u nas.
-I co, stajesz w obronie tego bachora. Ona nawet nie jest prawdziwym herosem. - warknął Sean.
Dziewczynka głośno wciągnęła powietrze i wybiegła z pawilonu tak szybko, że chłopcy nie dali rady jej złapać. Percy włożył rękę do kieszeni, żeby wyciągnąć Orkana, ale Annabeth (niech bogom będą dzięki) go powstrzymała. Mój ukochany pobiegł za dziewczynką, a w ślad za nim Piper. Chciałam iść z nimi, ale nie mogłam teraz tak po prostu wyjść.
Wymierzyłam uosobieniu wredności, siarczysty policzek, aż obrócił głowę.
-Aaa - syknął - Za co ?
-Za niewinność. Skoro uważasz, że jesteś taki mocny, bo dręczysz młodszych, to stań do walki z kimś lepszym od siebie ?
-Że niby z Tobą ? - roześmiał się
- Chociażby. - uśmiechnęłam się zimno - Chyba, że się boisz ?
- Jestem synem Aresa. Nie będę bał się pojedynku z babą.
-Wybierz miejsce, czas i broń.
-Teraz, zaraz na arenie. Pojedynek na miecze. - i wymaszerował z sali wraz ze swoim rodzeństwem, tak jakby już wygrał tą walkę.
Jason położył mi rękę na ramieniu.
-Jesteś tego pewna ? - spytał
-Jak nigdy. Muszę dać mu nauczkę.
Wyszliśmy z Jadalni i skierowaliśmy się na arenę szermierczą. Część ludzi poszła razem z nami, ciekawa wyniku pojedynku, a część została by dokończyć przerwane śniadanie. Trochę żałowałam, że nie zdążyłam przy śniadaniu, złożyć tacie ofiary. No trudno i tak sobie poradzę. Tak jak zawsze.
Sean stał na środku areny i miał na ustach irytujący uśmiech, a mnie naszła wielka ochota, żeby już teraz, z zaskoczenia, zetrzeć go z jego tępej twarzy. W ręku trzymał ciężki, spiżowy miecz, który był dobry na pokaz, ale niezbyt skuteczny w walce, bo był po prostu za ciężki.
-Jedna rzecz. - zawołałam na wejściu - Jeśli przegrasz, nie będziesz dręczył nikogo.
-A jeśli wygram ?
-Będziesz robił to na co masz ochotę, a ja nie będę Ci wchodzić w drogę. Przysięgnij.
-Jasne, przysięgam. - rzucił
-Na Styks. - była to najbardziej wiążąca ze wszystkich przysiąg. Znałam jedną osobę, która taką obietnicę złamała. Aż szkoda opowiadać. Trochę go to zaskoczyło, ale szybko się zreflektował.
-Przysięgam na Styks, że jeśli przegram ten pojedynek, to nie będę nikogo dręczył. Pasuje ?
Kiwnęłam z powagą głową, ukrywając uśmiech. Obróciłam na palcu srebrny pierścień, który rozwinął się w równie srebrny miecz. Byłam chyba jedyną osobą, która walczyła srebrnym mieczem. Ale nie potrafiłam odrzucić miecza, który miał taką historię.
Chłopak zaszarżował, ale idąc ciężkością miecza przeleciał obok, lądując w piachu kiedy się przesunęłam. Podniósł się szybko i nasze miecze się skrzyżowały, wydając głośny, metaliczny zgrzyt. Odskoczył i zaczął to przyskakiwać, to odskakiwać z wyciągniętym mieczem, zmuszając mnie do obrony i uniemożliwiając atak.
Był niezłym szermierzem, ale zbytnio skupiał się na sile i własnej złości, z której czerpał siłę.
Uniósł miecz, który już mu ciążył, ale miał po swojej stronie element zaskoczenia. Opuścił miecz, który przesunął się po całej długości mojego ramienia. Syknęłam z bólu i złości. Wytrącił mi z ręki miecz, który wyleciał w powietrze i wylądował przy drugim końcu areny.
Zaśmiał się , przekładając miecz z ręki do ręki.
-I co teraz ? - spytał z udawaną troską, przykładając mi do gardła miecz - Biedactwo.
Pokazałam mu tylko obraźliwy gest. ''Rzeczywiście, co teraz ?'' I nagle przyszło mi coś do głowy.
-Nadal jesteś taka pewna siebie, królewno ? - pomyślałam, o tym czego potrzebowałam.
-Tak - odszepnęłam
Zdziwił się i w tym momencie, nad moją głową przeskoczył biały kształt, powalając go na ziemię. Zwierzę trzymało przednie łapy na jego piersi i warczało groźnie. Jego bliźniak o ciemnej sierści przybiegł z moim mieczem w pysku.
-Dobry piesek - wzięłam miecz i pogłaskałam go po głowie - Dziękuję.
Podeszłam do unieruchomionego dziecka Aresa, które nie potrafiło poradzić sobie nawet z psem.
-I co teraz, biedactwo ? - powtórzyłam jego słowa.
-Zabierz to bydle - warknął, a zwierzę warknęło na niego.
-Anch - pstryknęłam palcami.
Przesunęłam mieczem nad jego twarzą, rozcinając mu policzek. Kopnięciem wybiłam mu jego miecz z ręki i zawiesiłam czubek ostrza tuż nad jego sercem.
Spojrzał na mnie zawistnie, jakby wolał, żebym teraz go zabiła, niż później musiałby znosić wszystkie docinki rodzeństwa i całego obozu.
I właśnie dlatego zwinęłam miecz z powrotem w pierścień i podałam mu rękę. Odtrącił ją i sam podniósł się z ziemi. Wybiegł z areny szybko, upokorzony i wściekły jak nigdy.
Ludzie zaczęli wiwatować, a na arenę spadł deszcz srebrzystych strzał. U szczytu areny stanęła dziewczyna, którą poznałabym wszędzie.
-Thalia - uśmiechnęłam się. W jej jaskrawoniebieskich oczach, nawet z tej odległości dostrzegłam iskierki radości ze spotkania. Pobiegłyśmy obie w swoją stronę i spotkałyśmy się w mocnym uścisku. Spojrzałam w twarz młodszej siostry.
-Nic się nie zmieniłaś. - jej twarz była jak rzeźbiona w lodzie, ale na te słowa uśmiechnęła się i lód stopniał.
-Tak jak i ty. - puściła mnie - Dostałaś moją wiadomość ?
-Wiadomość ? Nie, nic takiego nie pamiętam.
Wzruszyła ramionami.
-No nic, ważne, że się spotkałyśmy. Doszły mnie słuchy, że szykuje się kolejny koniec świata. Macie jakiś plan ?
Zbiła mnie z tropu tym pytaniem. Plan na koniec świata ?
-Po prawdzie to... - zastanowiłam się i do głowy przyszło mi kilka scenariuszy, z których każdy był gorszy od poprzedniego. - nie. - pokręciłam głową z rezygnacją.
-Więc Łowczynie meldują się na posterunku. - za nią pojawiły się ponad dwa tuziny dziewczyn. Wokół rozległy się ciche szepty, głównie męskiej części widowni. Łowczynie rozejrzały się tylko z niesmakiem jakby niemo pytały ''Czy musimy tu być ?''. Thalia zwróciła się do nich.
-Phoebe, zabierz je do ósemki, niedługo do was dołączę.
-Ale.. - tropicielka chciała protestować
-To był rozkaz. - Phoebe spojrzała na nią z powątpiewaniem
-Jasne. Chodźcie ! - zwołała swoją grupkę i wymaszerowały nie zaszczycając nas jednym spojrzeniem.
-Może to głupie pytanie, ale jak ty to wytrzymujesz ?
-A jak ty wytrzymujesz Italię ? - tym zamknęła mi usta. W sumie racja.
Wyszłyśmy z areny i spacerując opowiedziałyśmy sobie co zdarzyło się od naszego ostatniego spotkania, które miało miejsce prawie rok temu. Podczas swoich wędrówek nie dostrzegła niczego dziwnego, ani co gorsza zwiastującego kłopoty, które miały nadejść tak niedługo.
Kiedy podeszłyśmy blisko treningu łuczniczego, moja siostra pomogła nie za dobrze radzącym sobie dzieciakom (nie muszę dodawać, że były to same dziewczynki ?).
Na boisku trwała nieprzerwanie wojna pomiędzy synami Apollina i Łowczyniami Artemidy. Jak tak patrzyłam na te dziewczyny, zawzięcie nienawidzące facetów, pomyślałam :
-Tato dotrzymuje obietnicy ?
-Taa - popatrzyła przez chwilę na niebo - Tym razem. - omiotła wzrokiem boisko - Może jednak już do nich dołączę. Do zobaczenia. - i poszła uspokajać bandę nastolatek wyrażających chęć mordu.
Reszta tygodnia przepłynęła we względnym porządku. Zajęcia odbywały się normalnie, choć do łucznictwa wtrącały się Łowczynie. Sean siedział cicho bojąc się, że dostanie mu się, ale nie ode mnie, a od Clarisse, która wróciła i zrobiła mu na dzień dobry karczemną awanturę.
Najgorszym wydarzeniem minionego tygodnia, była decyzja Chejrona, którą wyrażał prośbę (czytaj : rozkaz) abym została na Obozie do końca lata i robiła za osobistego trenera tępej śmiertelniczki.
-Nie wierzę, że kazał mi robić za niańkę. I to w dodatku musiałam zostać tu sama.Siedziałyśmy z Annabeth na plaży, co jakiś czas rzucając drobne kamyczki w fale zatoki.
-Nie jesteś sama, masz nas. Po za tym nie masz być niańką, tylko nauczycielem.-Wiesz dobrze o co, a raczej o kogo mi chodzi.
-To mnie pocieszyłaś. Nie chcę mieć z nią nic, a to nic wspólnego. Jake może się z nią zadawać, ale ja nawet nie chcę jej widzieć.
-Co ona Ci takiego zrobiła, że jej tak nienawidzisz ?
-Hm, pomyślmy ? Urodziła się ? Przyszła tu i myśli ''Jestem Panna-Ponad-To-Wszystko, możecie mi skoczyć''. Właśnie to mi zrobiła. Mam wymieniać dalej ?
-Dobra, dobra, pojęłam. Co nie znaczy, że masz ją tak traktować.
Siedziałyśmy chwilę w milczeniu. Westchnęłam.
-Ja wcale nie chcę, żeby ona... no nie wiem, wyleciała stąd. Po prostu martwię się o Jake'a.
-Więc daj im szansę. Jeśli Ci na nim zależy, a wiem, że ty widzisz to lepiej niż ktokolwiek inny, że oni naprawdę do siebie pasują.
''Może ma rację'' pomyślałam ''Może powinnam odpuścić tej blondynie. Tylko, że wcale tego nie chcę''.
-Tyle, że wcale tego nie chcę.
Wbiła swój sztylet w piach.
-Wiesz jaką temperaturę ma ciekły azot ? - spytała ni z tego, ni z owego.
-Co to za pytanie ?
-Wiesz czy nie ? - kontynuowała
- Ciekły azot wrze w temperaturze −195,8 °C, a zamarza w −210,0 °C. - wyrecytowałam - Ale co to ma do rzeczy ?
-No to weź swoją nienawiść do Meg i włóż do ciekłego azotu. I przeczekaj.
-Naczytałaś się za dużo Milczenia owiec. - uśmiechnęła się do mnie.
-Może i tak, ale możesz to zrobić ? Dla swojego brata.
-Pomyślę nad tym.
Znowu się zamyśliła.
-A co z Herą i jej kolejnymi pomysłami ?
-Pff, dobre pytanie.
-Moja matka mówi, że powinniśmy być gotowi w każdej chwili bronić obozu.
-A ty co sądzisz, strategu ?
-Myślę podobnie, ale nie mam takiej pewności, przez ostatnie 4 lata nic się nie działo.
Coś rzuciło z nieba ogromny cień, a dla herosa raczej nie oznacza to niczego dobrego. Annabeth spojrzała w górę.
-Powiedz, że to nie to o czym myślę.
-Jeśli myślisz o dużej chmurze, to z czystym sumieniem mówię, że to nie to o czym myślisz.
No jasne, jakby tego wszystkiego było mało na głowę - i to dosłownie - zwala nam się Drakon etiopski. Wyjątkowo wielki i wyjątkowo zły.
-Twoja matka miała stuprocentową rację.
I pobiegłyśmy kolejny raz ratować miejsce, które było dla nas drugim domem.