Rozdział
XII
~*~Alexis~*~
Odprowadziłam tę dziewczynę, tak jak chciał Jake, choć jak na mój gust bezpieczniejsza byłaby poza obozem, niż w domku Hermesa. Ale kiedy się uparł... Koniec, końców dawno mu tak na niczym nie zależało, to co miałam zrobić ?
Jednak obiecałam, że niczego jej nie ułatwię i zamierzam dotrzymać obietnicy.
Rozejrzałam się po Obozie; wokół domków krzątały się ostatnie osoby, ostatnie pary żegnały się przed powrotem do osobnych domków, co przypomniało mi, że i na mnie ktoś czeka. Na szczęście, albo nieszczęście, rodzice uznali, że wystarczająco udowodniliśmy, że potrafimy ze sobą wytrzymać.
Przeszłam się na plażę, aby w księżycowym świetle przyjrzeć się zatoce, ale to co tam zobaczyłam... no tego się po prostu nie spodziewałam. W księżycowych promieniach zdecydowanie lepiej prezentowała się moja przyjaciółka i jeden z braci Hood, którego z prawdziwym zacięciem obcałowywała. I to tak, jakby od tych pocałunków zależało jej życie.
''Ciekawe - pomyślałam - Bardzo ciekawe''. Podeszłam bliżej uśmiechając się pod nosem.
-Connor, brat Cię potrzebuje. - momentalnie od siebie odskoczyli - Ciebie Paula, też szuka rodzeństwo. - najwyraźniej mnie dojrzała, bo posłała mi mordercze spojrzenie, ale wiedziałam, że w głębi duszy jest szczęśliwa. Nie dlatego, że jej przerwałam, a dlatego, że ten pocałunek miał miejsce.
Pod ciemną ścianą, starych niczym sam świat sosen, stał prosty domek, w którego oknach paliły się ciepłe światła. Mój, a właściwie nasz dom.
W środku panował równie prosty, lekko eklektyczny wystrój domku z bajki i niepodzielnie królował bałagan. Na kominku, pomimo sierpnia płonął ogień.
Wspięłam się po przypominających drabinę schodach i weszłam do niewielkiego, dziecięcego pokoju.
Na łóżku leżeli dwaj, najważniejsi dla mnie chłopcy. Starszy czytał młodszemu bajkę i obaj mieli z tego tyle samo radości.
-Hej - chłopiec przyłożył palec do ust w uciszającym geście. Uniosłam ręce na znak zgody i usiadłam na brzegu łóżka, wsłuchując się w bajkę.
Szczerze, kilka lat temu, zależnie od humoru, albo wyśmiałabym kogoś, albo strzeliła w twarz, jeżeli powiedziałby mi, że w moim światowym, 'wspaniałym' życiu, znajdzie się miejsce dla takiej sceny. A teraz, w duchu, wyśmiewałam samą siebie, że brałam pod uwagę możliwość, że mogłoby jej nie być. Bajka dobiegła końca.
Chłopak odłożył książkę i przytulił młodszego, po czym przytulił mnie. Czując ciepły dotyk dłoni w pasie, ucałowałam syna w czoło.
-Dobranoc, kochanie - pożegnałam się
-Dobranoc - odparł i przytulił ogromnego, czarnego stwora z pluszu, który w założeniu miał być psem i zamknął oczy.
Dla postronnego obserwatora powyższa scenka, mogła wydać się sielska i rodzinna. Lecz i najwspanialsze osoby mają smutne tajemnice, o których nie chcą mówić. Nie byliśmy rodziną, w każdym tego słowa znaczeniu, ale niewiele nam do tego brakowało. Czasem, byłam wściekła na samą siebie, że pomyłki niektórych, nie mogą być prawdą. Lecz co z tego, że żałowałam. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć.
Wyszliśmy z pokoju, gasząc po drodze światła. Obracając się w progu, patrzyłam na chłopca, którego z dumą nazywałam synem.
-Już śpi. Nie ucieknie Ci. - choć mogłam stać tak całą noc, pozwoliłam się poprowadzić do innego pokoju. Moje, własne już, kroki skierowałam do łazienki.
Nigdy wcześniej nie miałam potrzeby spojrzeć w lustro, by upewnić się, że jestem tą samą osobą. Ale teraz potrzebowałam każdego zapewnienia, że tak jest, i że w ciągu tych 24 godzin świat tak bardzo się nie zmienił.
Oparłam dłonie na zimnym kamieniu i spryskałam twarz równie zimną wodą.
-Wszystko jest w najlepszym porządku - zapewniałam szeptem sama siebie - Wszystko jest dobrze.
-Znowu rozmawiasz sama ze sobą - upomniał mnie ze śmiechem
-Wcale, że nie.
-Wcale tak.
-Nie.
-Tak.
-Absolutnie wykluczone.
-Mów co chcesz i tak mówisz do siebie.
Skończyłam wieczorną toaletę. Mijając się w drzwiach, złożył na moich wargach słodki pocałunek.
Przebrana w piżamę, siedziałam po turecku na łóżku z laptopem na kolanach. Trudno kierować agencją modelek, nie mogąc wyjść poza granice magicznego obozu, ale ja doszłam w tej dziedzinie do perfekcji. Podejmując decyzje za pomocą wizualizacji różnorakich projektów, zdążyłam zauważyć, że mój ukochany siedział w fotelu i czytał. Nie musieliśmy mówić, żeby rozmawiać. Około północy, odłożyłam laptop do skrzyni w nogach łóżka i zwinęłam się pod kołdrą. Położył się obok mnie i objął ramionami. Po raz kolejny słowa były zbędne.
*Ranek*
Jednak obiecałam, że niczego jej nie ułatwię i zamierzam dotrzymać obietnicy.
Rozejrzałam się po Obozie; wokół domków krzątały się ostatnie osoby, ostatnie pary żegnały się przed powrotem do osobnych domków, co przypomniało mi, że i na mnie ktoś czeka. Na szczęście, albo nieszczęście, rodzice uznali, że wystarczająco udowodniliśmy, że potrafimy ze sobą wytrzymać.
Przeszłam się na plażę, aby w księżycowym świetle przyjrzeć się zatoce, ale to co tam zobaczyłam... no tego się po prostu nie spodziewałam. W księżycowych promieniach zdecydowanie lepiej prezentowała się moja przyjaciółka i jeden z braci Hood, którego z prawdziwym zacięciem obcałowywała. I to tak, jakby od tych pocałunków zależało jej życie.
''Ciekawe - pomyślałam - Bardzo ciekawe''. Podeszłam bliżej uśmiechając się pod nosem.
-Connor, brat Cię potrzebuje. - momentalnie od siebie odskoczyli - Ciebie Paula, też szuka rodzeństwo. - najwyraźniej mnie dojrzała, bo posłała mi mordercze spojrzenie, ale wiedziałam, że w głębi duszy jest szczęśliwa. Nie dlatego, że jej przerwałam, a dlatego, że ten pocałunek miał miejsce.
Pod ciemną ścianą, starych niczym sam świat sosen, stał prosty domek, w którego oknach paliły się ciepłe światła. Mój, a właściwie nasz dom.
W środku panował równie prosty, lekko eklektyczny wystrój domku z bajki i niepodzielnie królował bałagan. Na kominku, pomimo sierpnia płonął ogień.
Wspięłam się po przypominających drabinę schodach i weszłam do niewielkiego, dziecięcego pokoju.
Na łóżku leżeli dwaj, najważniejsi dla mnie chłopcy. Starszy czytał młodszemu bajkę i obaj mieli z tego tyle samo radości.
-Hej - chłopiec przyłożył palec do ust w uciszającym geście. Uniosłam ręce na znak zgody i usiadłam na brzegu łóżka, wsłuchując się w bajkę.
Szczerze, kilka lat temu, zależnie od humoru, albo wyśmiałabym kogoś, albo strzeliła w twarz, jeżeli powiedziałby mi, że w moim światowym, 'wspaniałym' życiu, znajdzie się miejsce dla takiej sceny. A teraz, w duchu, wyśmiewałam samą siebie, że brałam pod uwagę możliwość, że mogłoby jej nie być. Bajka dobiegła końca.
Chłopak odłożył książkę i przytulił młodszego, po czym przytulił mnie. Czując ciepły dotyk dłoni w pasie, ucałowałam syna w czoło.
-Dobranoc, kochanie - pożegnałam się
-Dobranoc - odparł i przytulił ogromnego, czarnego stwora z pluszu, który w założeniu miał być psem i zamknął oczy.
Dla postronnego obserwatora powyższa scenka, mogła wydać się sielska i rodzinna. Lecz i najwspanialsze osoby mają smutne tajemnice, o których nie chcą mówić. Nie byliśmy rodziną, w każdym tego słowa znaczeniu, ale niewiele nam do tego brakowało. Czasem, byłam wściekła na samą siebie, że pomyłki niektórych, nie mogą być prawdą. Lecz co z tego, że żałowałam. Pewnych rzeczy nie da się cofnąć.
Wyszliśmy z pokoju, gasząc po drodze światła. Obracając się w progu, patrzyłam na chłopca, którego z dumą nazywałam synem.
-Już śpi. Nie ucieknie Ci. - choć mogłam stać tak całą noc, pozwoliłam się poprowadzić do innego pokoju. Moje, własne już, kroki skierowałam do łazienki.
Nigdy wcześniej nie miałam potrzeby spojrzeć w lustro, by upewnić się, że jestem tą samą osobą. Ale teraz potrzebowałam każdego zapewnienia, że tak jest, i że w ciągu tych 24 godzin świat tak bardzo się nie zmienił.
Oparłam dłonie na zimnym kamieniu i spryskałam twarz równie zimną wodą.
-Wszystko jest w najlepszym porządku - zapewniałam szeptem sama siebie - Wszystko jest dobrze.
-Znowu rozmawiasz sama ze sobą - upomniał mnie ze śmiechem
-Wcale, że nie.
-Wcale tak.
-Nie.
-Tak.
-Absolutnie wykluczone.
-Mów co chcesz i tak mówisz do siebie.
Skończyłam wieczorną toaletę. Mijając się w drzwiach, złożył na moich wargach słodki pocałunek.
Przebrana w piżamę, siedziałam po turecku na łóżku z laptopem na kolanach. Trudno kierować agencją modelek, nie mogąc wyjść poza granice magicznego obozu, ale ja doszłam w tej dziedzinie do perfekcji. Podejmując decyzje za pomocą wizualizacji różnorakich projektów, zdążyłam zauważyć, że mój ukochany siedział w fotelu i czytał. Nie musieliśmy mówić, żeby rozmawiać. Około północy, odłożyłam laptop do skrzyni w nogach łóżka i zwinęłam się pod kołdrą. Położył się obok mnie i objął ramionami. Po raz kolejny słowa były zbędne.
*Ranek*
Standardowo obudziły mnie dwie rzeczy. Słońce i skaczący po łóżku Aidan
-Skarbie możesz się nade mną nie znęcać, proszę ?
-Skarbie możesz się nade mną nie znęcać, proszę ?
-Móc, mogę, ale nie chcę.
-Po kim jesteś tak wygadany ?
-Po mamie. - ukazał komplet śnieżnobiałych ząbków. Próbował ściągnąć mnie z łóżka - No chodź, chcę jechać. Chcę jechać.
-Wstaję, wstaję. Tak na marginesie, jest niedziela.
-Tak na marginesie, to dwie godziny temu miałaś wyznaczony pojedynek.
-Co ?! - zerwałam się z łóżka.
-Sama to ustaliłaś. - wzruszył ramionami - I nie masz domku Aresa.
- Jasna...- opanowałam się - Zamorduję go kiedyś.
-Kogo, mamuś ? - dopytywał
-Nie ważne. Idź już na dół.
Ubrałam się.. 'Naprawdę go kiedyś zamorduję. I on dobrze o tym wie.' Zeszłam na dół.
Chłopiec skakał przy drzwiach, niczym mały piesek w oczekiwaniu na spacer.
Na blacie stała filiżanka kawy, a obok leżała biała margerytka. Kawę wypiłam, a kwiatek dziwnym trafem zniknął. Zniecierpliwiony chłopiec pociągnął mnie ku drzwiom.
-Idę przecież. - ale on i tak maszerował w stronę Wzgórza Herosów, trzymając moją dłoń. - Czekaj. Chciałam jeszcze kogoś zabrać. - przystanął
-Kogo ?
-Tą nową, Meg i jej siostrę.
-Przecież się nie lubicie - stwierdził rezolutnie.
-Ty nie bądź taki Sherlock. Nawet jeśli, to ty się w to nie mieszaj. Okej ?
-Jak sobie życzysz - zrobił udawany ukłon. Pokręciłam tylko z uśmiechem głową.
Pobiegł szukać Lilly i jej siostry. Przyprowadził obie po pięciu minutach; ja czekając na nich, ustaliłam z Argusem pobieżnie plan naszej podróży.
Margaritte cicho krzyknęła kiedy zobaczyła naszego szefa ochrony. Może i miał o 49 par oczu za dużo, ale czy to był powód, aby krzyczeć na jego widok ? Lilly jak to dziecko, była nim zafascynowana.
-Po co chciałaś mnie widzieć ? - spytała oschle dziewczyna
-Wybieramy się na Manhattan i pomyślałam, że może chciałabyś jechać i raczyłabyś poinformować ojca, gdzie jesteś i że jesteś bezpieczna.
-Jego to nie obchodzi. - wymruczała
-No to po ubrania, rzeczy, nie wiem. Staram się być dla Ciebie miła, a ty tylko kręcisz nosem i kwękasz, że nie chcesz. Nie musisz jechać. - próbowała protestować, ale jej siostra bez pardonu wpakowała się do samochodu, co przeważyło szalę decyzji - Wsiadaj.
Argus, jak na stuokiego przystało, nieźle prowadził, nawet w weekendowych korkach.
-Meg, gdzie mieszkasz ?
Podała adres. Niezła dzielnica... oczywiście jak na nią.
-Potrzebujesz obstawy ? - zasugerowałam przymilnie
-Obejdzie się - fuknęła wysiadając
Zostałyśmy we dwie, razem z dwójką dzieci i ochroną.
-Co teraz ? - spytała Paula
-Jak to co ? Zakupy. - uśmiechnęłam się do niej we wstecznym lusterku - Ale najpierw odstawimy dzieciaki. Bryant Park, znasz drogę ? - zwróciłam się do Argusa. Kiwnął głową. Nigdy się nie odzywał, jak podejrzewamy, przez oko na języku.
Mój ochotnik na niańkę już czekał, jak zwykle wyróżniając się z tłumu. Z niepewnością spojrzał na dwójkę prowadzonych przeze mnie dzieci. Uśmiechnęłam się rozbrajająco. W końcu, mi się nie odmawia.
-Hej, popilnujesz ich trochę ? - patrzył na mnie jak na kosmitkę, jednocześnie z przerażeniem w oczach - Dzięki. - pomachałam im na pożegnanie i pobiegłyśmy we dwie w miasto, zanim zdążył zaprotestować.
-Prawdziwe z Ciebie wcielenie zła. - roześmiała się
-No co ? Poprosiłam tylko, żeby zaopiekował się dwójką dzieci, a nie wygłodzonym lwem. To nie jest złe.
-Zależy jak dla kogo. Wydaje mi się, że te dzieci raczej będą pilnować jego, niż on ich. - wzruszyłam ramionami.
-A czy to ważne ? Grunt, że mają starszego opiekuna. - kolejny wybuch śmiechu. Ludzie i tak zwracali na nas uwagę z powodu urody modelek, a teraz doszło głośne zachowanie. Ale takim jak my wybacza się wszystko, nie ?
-To prawda.
-A później sesja psycho ? - uśmiechnęłyśmy się do siebie. To był taki nasz osobisty dowcip. Mama Pauli jest psychoterapeutką gwiazd Hollywood. I to właśnie swoim słonecznym podejściem do życia, które Paula odziedziczyła, zwróciła uwagę boga słońca. Zapewne jej uroda i zadziorny charakter, też miały w tym udział.
-Dzwonić do mamy i umawiać sesję ? - spytała radośnie, ale tylko pokręciłam głową.
Przeszłyśmy kilka przecznic, przyglądając się wystawom. Dotarłyśmy w końcu do alei Lex i to tam zaczęły się prawdziwe zakupy, na które spuścimy zasłonę miłosierdzia.
Obładowane torbami, wartymi zapewne jakieś kilka- góra kilkanaście tysięcy, szłyśmy chodnikiem, a tłumy nowojorczyków, który rozstępował się przed nami niczym Morze Czerwone.
-A co to miało być, to wczoraj na plaży ? - spytałam od niechcenia
-Nic - odpowiedziała szybko. Za szybko.
-Gdybym tego nie widziała, to może bym Ci i uwierzyła.
-I co takiego widziałaś ? Zwykły pocałunek i tyle. - mówiąc to przyglądała się płytom chodnika
-Nie chce tego ciągnąć ?
-Gorzej - mruknęła
-Nie powiedziałby, że Cię nienawidzi. Nie on i nie Tobie.
-No nie. Powiedział co innego.
Nie próbowałam nawet zgadywać. Jeśli będzie chciała, sama mi to powie. Tymczasem wpadłyśmy na kawę, jednocześnie dzwoniąc po podwózkę.
Siedząc przy stoliku, moja przyjaciółka w końcu zdecydowała się odezwać.
-No bo on... - zaczęła
-Tak ? - podniosłam wzrok znad laptopa
-On - westchnęła głęboko - zapytał mnie o chodzenie.
-To jest takie straszne ? Chyba nie jest aż tak brzydki, co ?
-No nie, w sumie to bałam się twojej reakcji.
-Teraz ja jestem straszna ? Grunt, to żebyś była szczęśliwa.
-No to jak wrócimy, to dam mu odpowiedź. A swoją drogą, to co z Meg ?
-Na piorun piorunów ! Zapomniałam o niej. Szybko, chodź.
Zerwałyśmy się, zbierając torby z ziemi i rzucając na blat banknot.
Argus już czekał, szybko wrzuciłyśmy wszystko do bagażnika terenówki i wróciliśmy pod dom, przed którym stała nieźle wkurzona śmiertelniczka.
-Nic Cię nie zabiło. - stwierdziłam z żalem w głosie, za co Paula dała mi kuksańca.
-Gdzie Lilly ? - spytała obcesowo
-Raczej bezpieczna.
-Co ma znaczyć raczej ?!
-Jest pod opieką. I nic jej nie zabije. Pasuje ?
-Nie ! Kto ich pilnuje ?
-Mój... przyjaciel.
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy podjechaliśmy pod bramę parku.
Rozbroił mnie widok, jaki tam zastaliśmy. Ktoś kto dzieci boi się jak największego zła i unika jak ognia, teraz trzyma jedno na rękach rozmawiając z drugim.
-To ta twoja opieka ? - syknęła
-Aha - tylko tyle zdołałam wykrztusić. Otworzyłam tylne drzwi. Delikatnie posadził śpiącego chłopca na fotelu, jakby ten był porcelanową lalką, która może stłuc się przy najlżejszym uderzeniu. Lilly usiadła pomiędzy nim, a swoją siostrą i poczęła cicho relacjonować przebieg dnia. Zamknęłam drzwi.
-Coś ty im zrobił ? - spytałam odwracając się
-Nic takiego. Zmęczył się. - uśmiechnął się. Uniosłam jedną brew, ale nic nie powiedziałam, choć zdecydowanie było to podejrzane.
-Dzięki. - powiedziałam po prostu i wtuliłam się w marynarkę chłopaka, jak zwykle pachnącą bursztynowym kadzidłem.
-Nie ma za co - szepnął w moje włosy. Spojrzał mi w oczy. - Bardzo... pouczające doświadczenie.
-Pouczające. - pokiwałam głową. Wsiadając jeszcze odwróciłam się, ale jego już nie było.
Na obóz wróciliśmy tuż przed kolacją.
Paula wysiadła pierwsza, biegnąc w stronę grupy idącej od strony domku Hermesa. Nie wiem jak go rozpoznała, ale dopadła do Connor'a całując go namiętnie. Wszyscy obecni bili brawo.
Uśmiechnęłam się. Każda potwora znajdzie amatora.
-O proszę, o wilku mowa, a wilk tu.
-Też tęskniłem - Nico roześmiał się i pocałował mnie czule - Zakupy udane ?
Otworzyłam bagażnik, a on otworzył szeroko oczy
-Jak widać.
-To wszystko Twoje ? - spytał z irracjonalnym zdziwieniem
-Co ty - odpowiedziałam radośnie - Połowa jest jej - wskazałam na nową obozową parę
-Aha - skwitował bez entuzjazmu
-No co jest ? Nie smutaj. - roześmiałam się i dałam mu kuksańca w bok. Uśmiechnął się krzywo. Wyjęłam część toreb z auta.
-Twoje zakupy doprowadzą mnie kiedyś do szału.
Podałam mu to co wyjęłam.
-Nie gadaj tylko zanieś to do domu. - rzucił mi wściekłe spojrzenie, ale torby zaniósł. Ja poniosłam drugą część w przeciwną stronę, do domku Apollina i rzuciłam to wszystko na łóżko przyjaciółki. Niezbyt interesował mnie los niektórych rzeczy, jeśli któraś z dziewczyn dotrze tu przed grupową. Następnie zajrzałam do pawilonu jadalnego, ale nie było tam osoby, której szukałam. Pobiegłam do trzynastki. Jeśli tam jej nie będzie, to już nie mam pomysłów gdzie jej szukać.
Jednak nie musiałam szukać dalej, na łóżku leżała Hazel, której szukałam. Wyglądała jak zwykle, choć zdecydowanie widać po niej było siódmy miesiąc ciąży.
-Hej. - usiadłam obok niej, stawiając na łóżku błękitną torbę.
-Cześć - spojrzała na torbę - Dla mnie ?
-Dla was - przesunęłam torbę bliżej niej. Zajrzała do torby w której leżały schludnie złożone dziecięce ubranka, a na samej górze para złotych kolczyków inkrustowanych perłami. Dziewczyna uniosła je samą siłą woli. - Podobają Ci się ?
Nie odpowiedziała, tylko nadal wpatrywała się w biżuterię. A może jednak w cenę, której zapomniałam zdjąć.
-Ile ? - szepnęła zszokowana i powtórzyła pytanie głośniej.
Z niewinną miną wymieniłam jej kwotę, za którą można było utrzymać przeciętną amerykańską rodzinę i to przez kilka lat.
-Jesteś szalona. - stwierdziła
-Wszyscy mi to mówią. - wzruszyłam ramionami - Ty, twój brat, moja rodzina. - zaczęłam wyliczać na palcach - Ale zasługujesz na nie. Pasują do Ciebie.
-Brak mi słów. No to chyba, dziękuję. - przytuliła mnie
-Nie ma za co.
Przez niemal godzinę przeglądałyśmy ubrania i gadałyśmy o wszystkim. Kiedy z ogniska wróciła Natalie, rozmawiałyśmy we trójkę. Ostatecznie wyszłam stamtąd po prawie trzech godzinach. Było już po kolacji, a i ognisko dobiegało końca, więc większość ludzi była już w domkach.
Weszłam do domu prawie że na palcach, cicho zamykając drzwi.
Pomimo, że godzina była późna to mój ukochany na mnie czekał.
Na kuchennym blacie stał kieliszek i butelka, drugi trzymał i obracał w dłoniach chłopak siedzący w fotelu przed kominkiem. Ogień dawał lekkie światło, mieszając się z blaskiem świec.
-Późno wracasz. - podniósł wzrok na mnie - Co było tak absorbujące ?
Przysiadłam na poręczy fotela.
-Może i późno i co z tego ? Rozmawiałam z twoimi siostrami.
Cała wymiana zdań brzmiała językiem, który towarzyszył śmiertelnej części naszych rodzin, czyli językiem włoskim.
- Mi amore. - oczy rozjaśnił blask uczucia.
- Scusi - wstałam z fotela i wyciągnęłam laptop z torby - Twoje amore musi popracować.
Z westchnieniem usiadł wraz ze mnę na dywanie i starał się pomagać, co wychodziło mu, prawdę mówiąc, całkiem nieźle. Sama nie wiem skąd u niego taki talent, ale do tej pory decyzje które pomagał mi podejmować, albo wręcz podejmował za mnie, okazywały się niezwykle trafne.
Kiedy kiedyś go o to spytał, uśmiechnął się tajemniczo i odparł :
-Miałem dobrego nauczyciela.
Teraz powiedziałam sama do siebie, ale na tyle cicho aby nie usłyszał :
-Uczeń przerósł mistrza.
Pocałowałam go. Z każdym kolejnym całusem, dystans nagromadzony przez tygodnie rozłąki, zniknął i to do tego stopnia, że nie do końca wiedziałam gdzie jestem, ale szczerze mnie to nie obchodziło. Liczyliśmy się tylko my. On i ja, ja i on - jak to pięknie brzmi.
Ciche pukanie. Cóż to może być ? Bicie serca brzmi inaczej, co znaczy, że mamy gościa.
Odsunęłam się powoli, przedłużając ostatni pocałunek.
-Nie idź - dosłyszałam cichy szept
-Muszę.
-Nie musisz, możesz.
-Chcę - ucięłam
Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i podążył za mną.
Otworzyłam drzwi. Stała w nich dziewczynka z mysimi włosami i oczami, których nie dało się szybko zapomnieć. Jedno miało barwę turkusu, podobnego do tych egzotycznych mórz, a drugie było niemal złote. Teraz w oczach czaiły się łzy.
-Hej Katia - uklękłam przed nią - Co się stało ?
Próbowała coś powiedzieć, ale tylko się rozpłakała. Wprowadziłam ją do środka i posadziłam na kanapie. Nico przykrył ją jakimś kocem i poszedł zaparzyć dziewczynce herbaty. Pomimo sierpnia, noce na obozie do ciepłych nie należały, a Katia była cała mokra.
Przytuliłam ją, zapewniając, że będzie dobrze na zmianę z pytaniem co się stało.
Dopiero po ponad pół godzinie, kiedy wypiła herbatę i przestała tak dygotać, udało jej się wykrztusić, że synowie Aresa pod wodzą Seana oblali ją wodą i wszyscy się śmiali.
-A Chris ? Clarisse ? Nikt Ci nie pomógł ?
-Oni jeszcze nie przyjechali - chlipnęła - Nie ma nikogo. - otuliłam ją mocniej kocem. Rzeczywiście, nigdzie nie widziałam Clarisse, ani jej chłopaka.
-Na razie zostań tutaj. Nie ma sensu, żebyś wracała do 11. Jutro coś wymyślimy.
Wzięłam z góry jakieś suche ubrania, które mogły na nią jako tako pasować.
Na dole mój chłopak próbował ją rozśmieszyć i nawet mu się to udawało. Zabrałam dziewczynkę do łazienki, wytarłam włosy i pomogłam przebrać w suche ciuchy. Mokre rozwiesiłam do wyschnięcia. Otarłam łzy z tych jej oryginalnych oczu. Często to właśnie one były powodem docinków. Mówili, że nie może być półbogiem, że jest dziwadłem.
Katia była córką Merkurego i rodzoną siostrą Chrisa. Czasem Reyna podsyłała nam dzieciaki, które nie nadawały się na legionistów, a my oddawaliśmy im zbyt 'rzymskie' dzieciaki.
Wyzwiska i idiotyczne żarty pod adresem dziewczynki zdawały się nie mieć końca, a jedyną osobą, która zawsze stawała po jej stronie był jej brat.
Od niedawna, kiedy Sean stał się ze swoimi żartami zbyt okrutny, Clarisse za prośbę Chrisa zaczęła stopować dręczyciela, ale kiedy ich nie było, Katia była bezbronna. Nikogo innego nie obchodziła na tyle, żeby stawać naprzeciwko dzieciom Aresa i mimo, że czasem my stawaliśmy w jej obronie, to Sean nas po prostu nie respektował. Dla niego byliśmy tylko ludźmi , którzy psują mu zabawę.
Ułożyłam ją na leżance, na której miała spać tej nocy.
-Dziękuję Alex. - patrzyła na mnie ufnymi oczami
-Nie masz za co. Opowiem Ci bajkę, chcesz ? - z uśmiechem pokiwała głową
-Przed wiekami w małej wiosce mieszkała z pozoru zwykła dziewczyna. Jej nietypowa uroda budziła podziw, ale i strach w prostych mieszkańcach wioski. Z początku uważali ją za talizman, bo w jej oczach kryła się woda, której nigdy im nie brakowało i ziemia, która rodziła wspaniałe plony. Można było uznać wieśniaków za szczęśliwych, ale do czasu, kiedy wioskę nawiedził okrutny potwór. Rodzice dziewczyny dobrze wiedzieli, że to po nią przyszedł smok, dlatego dobrze ją ukryli. Ale to nie przeszkodziło smokowi w zniszczeniu wioski.
Ci którzy przeżyli, uznali dziewczynę za przekleństwo i wygnali ją z ruin, niegdyś wspaniałej wsi.
Przeszła niemal cały świat, aż dotarła do chińskiej świątyni. Tam w przesyconym zapachem jaśminu mroku, spotkała starca, który rozłożył przed nią gałązki jaśminu, z wyrytymi na nich numerkami. Miała wybrać jedną, wybrała tę z numerem 11.
''Znajdź siłę w najprostszym zadaniu, na drodze do prawdy serca.'' ~ powiedział mędrzec wręczając gałązkę zdziwionej dziewczynie i rozwiał się w mgłę wraz z całą świątynią.
Na pustej polanie stała sama, przyciskając do piersi gałązkę, a w jej głowie wciąż na nowo i na nowo pobrzmiewało jedno zdanie : ''Znajdź siłę w najprostszym zadaniu, na drodze do prawdy serca.''
'Cóż to mogło znaczyć ?' ~ myślała ~ 'A może to tylko sen ?'
Każde pytanie rodziło kolejne, ale na żadne nie było odpowiedzi.
Mijały kolejne lata, ale odpowiedzi nadal nie było. Znalazła schronienie w małej wiosce.
Pewnego dnia zbierała w gaju gałązki kwitnącego jaśminu, tamtą gałązkę mając przypiętą do sukni.
Spotkała wtedy pięknego młodzieńca o oczach tak niebieskich, że niemal fioletowych, siedzącego na koniu. Młodzieniec ubrany był w mundur gwardii cesarskiej. Wpatrywali się w nią z osłupieniem, i koń i żołnierz. Zsiadł z konia, podszedł do niej i kłaniając się spytał :
'Czy mogę dostać jedną z twoich gałązek ?'
Wręczyła mu najpiękniejszy kwiat, jaki zerwała.
'Nie, nie' ~pokręcił głową ~ 'Chciałbym tę najbliżej serca'
Z wielkim trudem przyszło jej odpięcie gałązki od mędrca, ale zrobiła to i czym prędzej uciekła.
Tydzień za tygodniem upływał czas samotności. Po prawie pół roku w pobliżu wioski stacjonowało wojsko. W poszukiwaniu zapasów do wsi przybyło kilku żołnierzy pod wodzą... pięknego młodzieńca z lasu. Do munduru wciąż miał przypiętą gałązkę jaśminu.
-I byli zawsze razem ? -spytała
-Choć wiele razy próbowano ich rozłączyć nikomu do tej pory się to nie udało.
-Żyją do teraz ?
-Być może. Bohaterowie baśni i legend są wiecznie żywi. Żywi w naszych sercach.
-To dobrze. - zamknęła oczy - To dobrze.
Ucałowałam ją w czoło.
-Śpij dobrze.
Siedzący na schodach chłopak przyglądał mi się ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ? - zdziwiłam się. Pokręcił głową w zamyśleniu. Wyciągnęłam do niego ręce . - Wstawaj. No, wstajemy. - próbowałam podciągnąć go do pionu, ale oczywiście mi to nie wyszło. Wylądowałam na podłodze. -Ej no ! To nie fair !
Wstał i wziął mnie na ręce.
-To jest fair ? - spytał z perfidnym uśmiechem niosąc mnie po schodach.
-Jak najbardziej. - przybrałam najbardziej dumną pozę, na jaką pozwalała mi obecna sytuacja - Księżniczkę trzeba nosić na rękach. A teraz mnie puść !
-Oczywiście cessa. - postawił mnie na podłodze.
-Przestań mnie tak nazywać. - zmierzwiłam ciemne włosy ukochanego.
-Jak cessa ? - stałam na krawędzi, gotowa utonąć w jego ciemnych oczach - Jak Cię nie nazywać ?
-Właśnie tak. - pocałował mnie
-Jak aniele ? - kolejny pocałunek
-Tak. Właśnie tak jak te... - znów nie pozwolił mi skończyć - raz. Przestań. - przyłożyłam mu palec do ust. - Nie nazywaj mnie księżniczką, wiesz jak tego nie lubię.
-Wiem, ale to tak do Ciebie pasuje - uśmiechnął się - Mała.
Trzepnęłam go mocno w ramię.
-Nie. Waż. Się. Tak. Mówić ! - wycedziłam, kończąc z krzykiem.
-Bo co ?
Rzuciłam w niego pierwszą z brzegu poduszką.
-Za co ?
-Domyśl się. - warknęłam
-Powarcz jeszcze trochę, to zaczniesz szczekać.
Cisnęłam w niego kolejnymi poduszkami, a kiedy mi ich zabrakło, zaczęłam go gonić po całym pokoju ze śmiechem. Ostatecznie dopadłam go na łóżko, całując w szyję.
-Dziękuję, że jesteś. - powiedzieliśmy w tym samym momencie.
-Po kim jesteś tak wygadany ?
-Po mamie. - ukazał komplet śnieżnobiałych ząbków. Próbował ściągnąć mnie z łóżka - No chodź, chcę jechać. Chcę jechać.
-Wstaję, wstaję. Tak na marginesie, jest niedziela.
-Tak na marginesie, to dwie godziny temu miałaś wyznaczony pojedynek.
-Co ?! - zerwałam się z łóżka.
-Sama to ustaliłaś. - wzruszył ramionami - I nie masz domku Aresa.
- Jasna...- opanowałam się - Zamorduję go kiedyś.
-Kogo, mamuś ? - dopytywał
-Nie ważne. Idź już na dół.
Ubrałam się.. 'Naprawdę go kiedyś zamorduję. I on dobrze o tym wie.' Zeszłam na dół.
Chłopiec skakał przy drzwiach, niczym mały piesek w oczekiwaniu na spacer.
Na blacie stała filiżanka kawy, a obok leżała biała margerytka. Kawę wypiłam, a kwiatek dziwnym trafem zniknął. Zniecierpliwiony chłopiec pociągnął mnie ku drzwiom.
-Idę przecież. - ale on i tak maszerował w stronę Wzgórza Herosów, trzymając moją dłoń. - Czekaj. Chciałam jeszcze kogoś zabrać. - przystanął
-Kogo ?
-Tą nową, Meg i jej siostrę.
-Przecież się nie lubicie - stwierdził rezolutnie.
-Ty nie bądź taki Sherlock. Nawet jeśli, to ty się w to nie mieszaj. Okej ?
-Jak sobie życzysz - zrobił udawany ukłon. Pokręciłam tylko z uśmiechem głową.
Pobiegł szukać Lilly i jej siostry. Przyprowadził obie po pięciu minutach; ja czekając na nich, ustaliłam z Argusem pobieżnie plan naszej podróży.
Margaritte cicho krzyknęła kiedy zobaczyła naszego szefa ochrony. Może i miał o 49 par oczu za dużo, ale czy to był powód, aby krzyczeć na jego widok ? Lilly jak to dziecko, była nim zafascynowana.
-Po co chciałaś mnie widzieć ? - spytała oschle dziewczyna
-Wybieramy się na Manhattan i pomyślałam, że może chciałabyś jechać i raczyłabyś poinformować ojca, gdzie jesteś i że jesteś bezpieczna.
-Jego to nie obchodzi. - wymruczała
-No to po ubrania, rzeczy, nie wiem. Staram się być dla Ciebie miła, a ty tylko kręcisz nosem i kwękasz, że nie chcesz. Nie musisz jechać. - próbowała protestować, ale jej siostra bez pardonu wpakowała się do samochodu, co przeważyło szalę decyzji - Wsiadaj.
Argus, jak na stuokiego przystało, nieźle prowadził, nawet w weekendowych korkach.
-Meg, gdzie mieszkasz ?
Podała adres. Niezła dzielnica... oczywiście jak na nią.
-Potrzebujesz obstawy ? - zasugerowałam przymilnie
-Obejdzie się - fuknęła wysiadając
Zostałyśmy we dwie, razem z dwójką dzieci i ochroną.
-Co teraz ? - spytała Paula
-Jak to co ? Zakupy. - uśmiechnęłam się do niej we wstecznym lusterku - Ale najpierw odstawimy dzieciaki. Bryant Park, znasz drogę ? - zwróciłam się do Argusa. Kiwnął głową. Nigdy się nie odzywał, jak podejrzewamy, przez oko na języku.
Mój ochotnik na niańkę już czekał, jak zwykle wyróżniając się z tłumu. Z niepewnością spojrzał na dwójkę prowadzonych przeze mnie dzieci. Uśmiechnęłam się rozbrajająco. W końcu, mi się nie odmawia.
-Hej, popilnujesz ich trochę ? - patrzył na mnie jak na kosmitkę, jednocześnie z przerażeniem w oczach - Dzięki. - pomachałam im na pożegnanie i pobiegłyśmy we dwie w miasto, zanim zdążył zaprotestować.
-Prawdziwe z Ciebie wcielenie zła. - roześmiała się
-No co ? Poprosiłam tylko, żeby zaopiekował się dwójką dzieci, a nie wygłodzonym lwem. To nie jest złe.
-Zależy jak dla kogo. Wydaje mi się, że te dzieci raczej będą pilnować jego, niż on ich. - wzruszyłam ramionami.
-A czy to ważne ? Grunt, że mają starszego opiekuna. - kolejny wybuch śmiechu. Ludzie i tak zwracali na nas uwagę z powodu urody modelek, a teraz doszło głośne zachowanie. Ale takim jak my wybacza się wszystko, nie ?
-To prawda.
-A później sesja psycho ? - uśmiechnęłyśmy się do siebie. To był taki nasz osobisty dowcip. Mama Pauli jest psychoterapeutką gwiazd Hollywood. I to właśnie swoim słonecznym podejściem do życia, które Paula odziedziczyła, zwróciła uwagę boga słońca. Zapewne jej uroda i zadziorny charakter, też miały w tym udział.
-Dzwonić do mamy i umawiać sesję ? - spytała radośnie, ale tylko pokręciłam głową.
Przeszłyśmy kilka przecznic, przyglądając się wystawom. Dotarłyśmy w końcu do alei Lex i to tam zaczęły się prawdziwe zakupy, na które spuścimy zasłonę miłosierdzia.
Obładowane torbami, wartymi zapewne jakieś kilka- góra kilkanaście tysięcy, szłyśmy chodnikiem, a tłumy nowojorczyków, który rozstępował się przed nami niczym Morze Czerwone.
-A co to miało być, to wczoraj na plaży ? - spytałam od niechcenia
-Nic - odpowiedziała szybko. Za szybko.
-Gdybym tego nie widziała, to może bym Ci i uwierzyła.
-I co takiego widziałaś ? Zwykły pocałunek i tyle. - mówiąc to przyglądała się płytom chodnika
-Nie chce tego ciągnąć ?
-Gorzej - mruknęła
-Nie powiedziałby, że Cię nienawidzi. Nie on i nie Tobie.
-No nie. Powiedział co innego.
Nie próbowałam nawet zgadywać. Jeśli będzie chciała, sama mi to powie. Tymczasem wpadłyśmy na kawę, jednocześnie dzwoniąc po podwózkę.
Siedząc przy stoliku, moja przyjaciółka w końcu zdecydowała się odezwać.
-No bo on... - zaczęła
-Tak ? - podniosłam wzrok znad laptopa
-On - westchnęła głęboko - zapytał mnie o chodzenie.
-To jest takie straszne ? Chyba nie jest aż tak brzydki, co ?
-No nie, w sumie to bałam się twojej reakcji.
-Teraz ja jestem straszna ? Grunt, to żebyś była szczęśliwa.
-No to jak wrócimy, to dam mu odpowiedź. A swoją drogą, to co z Meg ?
-Na piorun piorunów ! Zapomniałam o niej. Szybko, chodź.
Zerwałyśmy się, zbierając torby z ziemi i rzucając na blat banknot.
Argus już czekał, szybko wrzuciłyśmy wszystko do bagażnika terenówki i wróciliśmy pod dom, przed którym stała nieźle wkurzona śmiertelniczka.
-Nic Cię nie zabiło. - stwierdziłam z żalem w głosie, za co Paula dała mi kuksańca.
-Gdzie Lilly ? - spytała obcesowo
-Raczej bezpieczna.
-Co ma znaczyć raczej ?!
-Jest pod opieką. I nic jej nie zabije. Pasuje ?
-Nie ! Kto ich pilnuje ?
-Mój... przyjaciel.
Słońce chyliło się ku zachodowi, kiedy podjechaliśmy pod bramę parku.
Rozbroił mnie widok, jaki tam zastaliśmy. Ktoś kto dzieci boi się jak największego zła i unika jak ognia, teraz trzyma jedno na rękach rozmawiając z drugim.
-To ta twoja opieka ? - syknęła
-Aha - tylko tyle zdołałam wykrztusić. Otworzyłam tylne drzwi. Delikatnie posadził śpiącego chłopca na fotelu, jakby ten był porcelanową lalką, która może stłuc się przy najlżejszym uderzeniu. Lilly usiadła pomiędzy nim, a swoją siostrą i poczęła cicho relacjonować przebieg dnia. Zamknęłam drzwi.
-Coś ty im zrobił ? - spytałam odwracając się
-Nic takiego. Zmęczył się. - uśmiechnął się. Uniosłam jedną brew, ale nic nie powiedziałam, choć zdecydowanie było to podejrzane.
-Dzięki. - powiedziałam po prostu i wtuliłam się w marynarkę chłopaka, jak zwykle pachnącą bursztynowym kadzidłem.
-Nie ma za co - szepnął w moje włosy. Spojrzał mi w oczy. - Bardzo... pouczające doświadczenie.
-Pouczające. - pokiwałam głową. Wsiadając jeszcze odwróciłam się, ale jego już nie było.
Na obóz wróciliśmy tuż przed kolacją.
Paula wysiadła pierwsza, biegnąc w stronę grupy idącej od strony domku Hermesa. Nie wiem jak go rozpoznała, ale dopadła do Connor'a całując go namiętnie. Wszyscy obecni bili brawo.
Uśmiechnęłam się. Każda potwora znajdzie amatora.
-O proszę, o wilku mowa, a wilk tu.
-Też tęskniłem - Nico roześmiał się i pocałował mnie czule - Zakupy udane ?
Otworzyłam bagażnik, a on otworzył szeroko oczy
-Jak widać.
-To wszystko Twoje ? - spytał z irracjonalnym zdziwieniem
-Co ty - odpowiedziałam radośnie - Połowa jest jej - wskazałam na nową obozową parę
-Aha - skwitował bez entuzjazmu
-No co jest ? Nie smutaj. - roześmiałam się i dałam mu kuksańca w bok. Uśmiechnął się krzywo. Wyjęłam część toreb z auta.
-Twoje zakupy doprowadzą mnie kiedyś do szału.
Podałam mu to co wyjęłam.
-Nie gadaj tylko zanieś to do domu. - rzucił mi wściekłe spojrzenie, ale torby zaniósł. Ja poniosłam drugą część w przeciwną stronę, do domku Apollina i rzuciłam to wszystko na łóżko przyjaciółki. Niezbyt interesował mnie los niektórych rzeczy, jeśli któraś z dziewczyn dotrze tu przed grupową. Następnie zajrzałam do pawilonu jadalnego, ale nie było tam osoby, której szukałam. Pobiegłam do trzynastki. Jeśli tam jej nie będzie, to już nie mam pomysłów gdzie jej szukać.
Jednak nie musiałam szukać dalej, na łóżku leżała Hazel, której szukałam. Wyglądała jak zwykle, choć zdecydowanie widać po niej było siódmy miesiąc ciąży.
-Hej. - usiadłam obok niej, stawiając na łóżku błękitną torbę.
-Cześć - spojrzała na torbę - Dla mnie ?
-Dla was - przesunęłam torbę bliżej niej. Zajrzała do torby w której leżały schludnie złożone dziecięce ubranka, a na samej górze para złotych kolczyków inkrustowanych perłami. Dziewczyna uniosła je samą siłą woli. - Podobają Ci się ?
Nie odpowiedziała, tylko nadal wpatrywała się w biżuterię. A może jednak w cenę, której zapomniałam zdjąć.
-Ile ? - szepnęła zszokowana i powtórzyła pytanie głośniej.
Z niewinną miną wymieniłam jej kwotę, za którą można było utrzymać przeciętną amerykańską rodzinę i to przez kilka lat.
-Jesteś szalona. - stwierdziła
-Wszyscy mi to mówią. - wzruszyłam ramionami - Ty, twój brat, moja rodzina. - zaczęłam wyliczać na palcach - Ale zasługujesz na nie. Pasują do Ciebie.
-Brak mi słów. No to chyba, dziękuję. - przytuliła mnie
-Nie ma za co.
Przez niemal godzinę przeglądałyśmy ubrania i gadałyśmy o wszystkim. Kiedy z ogniska wróciła Natalie, rozmawiałyśmy we trójkę. Ostatecznie wyszłam stamtąd po prawie trzech godzinach. Było już po kolacji, a i ognisko dobiegało końca, więc większość ludzi była już w domkach.
Weszłam do domu prawie że na palcach, cicho zamykając drzwi.
Pomimo, że godzina była późna to mój ukochany na mnie czekał.
Na kuchennym blacie stał kieliszek i butelka, drugi trzymał i obracał w dłoniach chłopak siedzący w fotelu przed kominkiem. Ogień dawał lekkie światło, mieszając się z blaskiem świec.
-Późno wracasz. - podniósł wzrok na mnie - Co było tak absorbujące ?
Przysiadłam na poręczy fotela.
-Może i późno i co z tego ? Rozmawiałam z twoimi siostrami.
Cała wymiana zdań brzmiała językiem, który towarzyszył śmiertelnej części naszych rodzin, czyli językiem włoskim.
- Mi amore. - oczy rozjaśnił blask uczucia.
- Scusi - wstałam z fotela i wyciągnęłam laptop z torby - Twoje amore musi popracować.
Z westchnieniem usiadł wraz ze mnę na dywanie i starał się pomagać, co wychodziło mu, prawdę mówiąc, całkiem nieźle. Sama nie wiem skąd u niego taki talent, ale do tej pory decyzje które pomagał mi podejmować, albo wręcz podejmował za mnie, okazywały się niezwykle trafne.
Kiedy kiedyś go o to spytał, uśmiechnął się tajemniczo i odparł :
-Miałem dobrego nauczyciela.
Teraz powiedziałam sama do siebie, ale na tyle cicho aby nie usłyszał :
-Uczeń przerósł mistrza.
Pocałowałam go. Z każdym kolejnym całusem, dystans nagromadzony przez tygodnie rozłąki, zniknął i to do tego stopnia, że nie do końca wiedziałam gdzie jestem, ale szczerze mnie to nie obchodziło. Liczyliśmy się tylko my. On i ja, ja i on - jak to pięknie brzmi.
Ciche pukanie. Cóż to może być ? Bicie serca brzmi inaczej, co znaczy, że mamy gościa.
Odsunęłam się powoli, przedłużając ostatni pocałunek.
-Nie idź - dosłyszałam cichy szept
-Muszę.
-Nie musisz, możesz.
-Chcę - ucięłam
Pokręcił ze zrezygnowaniem głową i podążył za mną.
Otworzyłam drzwi. Stała w nich dziewczynka z mysimi włosami i oczami, których nie dało się szybko zapomnieć. Jedno miało barwę turkusu, podobnego do tych egzotycznych mórz, a drugie było niemal złote. Teraz w oczach czaiły się łzy.
-Hej Katia - uklękłam przed nią - Co się stało ?
Próbowała coś powiedzieć, ale tylko się rozpłakała. Wprowadziłam ją do środka i posadziłam na kanapie. Nico przykrył ją jakimś kocem i poszedł zaparzyć dziewczynce herbaty. Pomimo sierpnia, noce na obozie do ciepłych nie należały, a Katia była cała mokra.
Przytuliłam ją, zapewniając, że będzie dobrze na zmianę z pytaniem co się stało.
Dopiero po ponad pół godzinie, kiedy wypiła herbatę i przestała tak dygotać, udało jej się wykrztusić, że synowie Aresa pod wodzą Seana oblali ją wodą i wszyscy się śmiali.
-A Chris ? Clarisse ? Nikt Ci nie pomógł ?
-Oni jeszcze nie przyjechali - chlipnęła - Nie ma nikogo. - otuliłam ją mocniej kocem. Rzeczywiście, nigdzie nie widziałam Clarisse, ani jej chłopaka.
-Na razie zostań tutaj. Nie ma sensu, żebyś wracała do 11. Jutro coś wymyślimy.
Wzięłam z góry jakieś suche ubrania, które mogły na nią jako tako pasować.
Na dole mój chłopak próbował ją rozśmieszyć i nawet mu się to udawało. Zabrałam dziewczynkę do łazienki, wytarłam włosy i pomogłam przebrać w suche ciuchy. Mokre rozwiesiłam do wyschnięcia. Otarłam łzy z tych jej oryginalnych oczu. Często to właśnie one były powodem docinków. Mówili, że nie może być półbogiem, że jest dziwadłem.
Katia była córką Merkurego i rodzoną siostrą Chrisa. Czasem Reyna podsyłała nam dzieciaki, które nie nadawały się na legionistów, a my oddawaliśmy im zbyt 'rzymskie' dzieciaki.
Wyzwiska i idiotyczne żarty pod adresem dziewczynki zdawały się nie mieć końca, a jedyną osobą, która zawsze stawała po jej stronie był jej brat.
Od niedawna, kiedy Sean stał się ze swoimi żartami zbyt okrutny, Clarisse za prośbę Chrisa zaczęła stopować dręczyciela, ale kiedy ich nie było, Katia była bezbronna. Nikogo innego nie obchodziła na tyle, żeby stawać naprzeciwko dzieciom Aresa i mimo, że czasem my stawaliśmy w jej obronie, to Sean nas po prostu nie respektował. Dla niego byliśmy tylko ludźmi , którzy psują mu zabawę.
Ułożyłam ją na leżance, na której miała spać tej nocy.
-Dziękuję Alex. - patrzyła na mnie ufnymi oczami
-Nie masz za co. Opowiem Ci bajkę, chcesz ? - z uśmiechem pokiwała głową
-Przed wiekami w małej wiosce mieszkała z pozoru zwykła dziewczyna. Jej nietypowa uroda budziła podziw, ale i strach w prostych mieszkańcach wioski. Z początku uważali ją za talizman, bo w jej oczach kryła się woda, której nigdy im nie brakowało i ziemia, która rodziła wspaniałe plony. Można było uznać wieśniaków za szczęśliwych, ale do czasu, kiedy wioskę nawiedził okrutny potwór. Rodzice dziewczyny dobrze wiedzieli, że to po nią przyszedł smok, dlatego dobrze ją ukryli. Ale to nie przeszkodziło smokowi w zniszczeniu wioski.
Ci którzy przeżyli, uznali dziewczynę za przekleństwo i wygnali ją z ruin, niegdyś wspaniałej wsi.
Przeszła niemal cały świat, aż dotarła do chińskiej świątyni. Tam w przesyconym zapachem jaśminu mroku, spotkała starca, który rozłożył przed nią gałązki jaśminu, z wyrytymi na nich numerkami. Miała wybrać jedną, wybrała tę z numerem 11.
''Znajdź siłę w najprostszym zadaniu, na drodze do prawdy serca.'' ~ powiedział mędrzec wręczając gałązkę zdziwionej dziewczynie i rozwiał się w mgłę wraz z całą świątynią.
Na pustej polanie stała sama, przyciskając do piersi gałązkę, a w jej głowie wciąż na nowo i na nowo pobrzmiewało jedno zdanie : ''Znajdź siłę w najprostszym zadaniu, na drodze do prawdy serca.''
'Cóż to mogło znaczyć ?' ~ myślała ~ 'A może to tylko sen ?'
Każde pytanie rodziło kolejne, ale na żadne nie było odpowiedzi.
Mijały kolejne lata, ale odpowiedzi nadal nie było. Znalazła schronienie w małej wiosce.
Pewnego dnia zbierała w gaju gałązki kwitnącego jaśminu, tamtą gałązkę mając przypiętą do sukni.
Spotkała wtedy pięknego młodzieńca o oczach tak niebieskich, że niemal fioletowych, siedzącego na koniu. Młodzieniec ubrany był w mundur gwardii cesarskiej. Wpatrywali się w nią z osłupieniem, i koń i żołnierz. Zsiadł z konia, podszedł do niej i kłaniając się spytał :
'Czy mogę dostać jedną z twoich gałązek ?'
Wręczyła mu najpiękniejszy kwiat, jaki zerwała.
'Nie, nie' ~pokręcił głową ~ 'Chciałbym tę najbliżej serca'
Z wielkim trudem przyszło jej odpięcie gałązki od mędrca, ale zrobiła to i czym prędzej uciekła.
Tydzień za tygodniem upływał czas samotności. Po prawie pół roku w pobliżu wioski stacjonowało wojsko. W poszukiwaniu zapasów do wsi przybyło kilku żołnierzy pod wodzą... pięknego młodzieńca z lasu. Do munduru wciąż miał przypiętą gałązkę jaśminu.
-I byli zawsze razem ? -spytała
-Choć wiele razy próbowano ich rozłączyć nikomu do tej pory się to nie udało.
-Żyją do teraz ?
-Być może. Bohaterowie baśni i legend są wiecznie żywi. Żywi w naszych sercach.
-To dobrze. - zamknęła oczy - To dobrze.
Ucałowałam ją w czoło.
-Śpij dobrze.
Siedzący na schodach chłopak przyglądał mi się ze zmarszczonymi brwiami.
-Co ? - zdziwiłam się. Pokręcił głową w zamyśleniu. Wyciągnęłam do niego ręce . - Wstawaj. No, wstajemy. - próbowałam podciągnąć go do pionu, ale oczywiście mi to nie wyszło. Wylądowałam na podłodze. -Ej no ! To nie fair !
Wstał i wziął mnie na ręce.
-To jest fair ? - spytał z perfidnym uśmiechem niosąc mnie po schodach.
-Jak najbardziej. - przybrałam najbardziej dumną pozę, na jaką pozwalała mi obecna sytuacja - Księżniczkę trzeba nosić na rękach. A teraz mnie puść !
-Oczywiście cessa. - postawił mnie na podłodze.
-Przestań mnie tak nazywać. - zmierzwiłam ciemne włosy ukochanego.
-Jak cessa ? - stałam na krawędzi, gotowa utonąć w jego ciemnych oczach - Jak Cię nie nazywać ?
-Właśnie tak. - pocałował mnie
-Jak aniele ? - kolejny pocałunek
-Tak. Właśnie tak jak te... - znów nie pozwolił mi skończyć - raz. Przestań. - przyłożyłam mu palec do ust. - Nie nazywaj mnie księżniczką, wiesz jak tego nie lubię.
-Wiem, ale to tak do Ciebie pasuje - uśmiechnął się - Mała.
Trzepnęłam go mocno w ramię.
-Nie. Waż. Się. Tak. Mówić ! - wycedziłam, kończąc z krzykiem.
-Bo co ?
Rzuciłam w niego pierwszą z brzegu poduszką.
-Za co ?
-Domyśl się. - warknęłam
-Powarcz jeszcze trochę, to zaczniesz szczekać.
Cisnęłam w niego kolejnymi poduszkami, a kiedy mi ich zabrakło, zaczęłam go gonić po całym pokoju ze śmiechem. Ostatecznie dopadłam go na łóżko, całując w szyję.
-Dziękuję, że jesteś. - powiedzieliśmy w tym samym momencie.