wtorek, 26 marca 2013

Rozdział VII ~*~Meg~*~

Rozdział
VII
~*~Meg~*~
Bylibyśmy tak stali jeszcze długo, zatopieni w swoich ustach, zamknięci we własnych objęciach, gdyby nie... Tak, zgadliście. Gdyby nie Alexis.
-No, no... Na 5 minut zostawić was nie można ? - zaśmiała się. Oderwaliśmy się. Dziewczyna stała na barierce, opierając się o kolumnę i nie było by w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że było to 30 piętro.
-Jak ty tu... ? - wpatrywałam się w nią z szeroko otwartymi oczami.
-Mój brat Ci nie wyjaśnił ? - nawet na nią nie spojrzałam - No tak, najwyraźniej miał ciekawsze zajęcie.
-Możesz ? - spytał Jake
-Oj dobra, już przestaję. - zeskoczyła na podłogę z drwiącym uśmiechem - Wyjaśnisz jej sam, czy mam Cię pilnować ?
-Alex, skończ. Damy sobie radę. - warknął
-W to nie wątpię.-rzucił jej zimne spojrzenie - Dobra i tak muszę pogadać z Santiago. Dobranoc - dygnęła i wbiegła tanecznym krokiem do mieszkania.
-Więc jak ? Powiesz mi ? - uśmiechnęłam się
-No dobrze. Usiądźmy. - wskazał na biały komplet wypoczynkowy w rogu tarasu. Usiedliśmy.
-Od czego mam zacząć ? - spytał
-Najlepiej od początku. Może... Kim jest twoja siostra ?
-Alexis, zacznijmy od tego, że nie jesteśmy rodzeństwem. - ta informacja mnie nie zaskoczyła. - Ona jest znacznie starsza. - zamyślił się i westchnął - Alex urodziła się w 1485 roku w okolicach Florencji, jako córka królewska. - spojrzał na Manhattan. 1485 rok ? To, teraz musiałaby mieś z... 600 lat ?
-Nie, to nie możliwe. Ona nie może mieć...-policzyłam szybko- ponad 500 lat !
Pokiwał w zamyśleniu głową.
-Jest w-wam...-nie potrafiłam wymówić prostego słowa.
-Wampirzycą. Konkretnie księżniczką wszystkich wampirów. Dlatego Łowcy tak się na nią zawzięli.
-Wow. - tylko tyle zdołałam wykrztusić.
 Siedzieliśmy tak bez słowa. Księżniczka wampirów ? Zaczynałam czuć się jak w tanim horrorze, a może romansie ?
Spojrzał na mnie zdziwiony.
-Nie boisz się ?
-No jakoś nie. Wiesz, nie sprawia wrażenia krwiożerczego potwora rodem z legend czy 'Zmierzchu'. Jak na... wampira.-wymówiłam w końcu to słowo - Jest dość ludzka.
-Tak. Nawet nie będąc zwykłym człowiekiem jest niezwykła. - uśmiechnął się dziwnie.
-Da się zauważyć. -roześmialiśmy się. - A co ze mną i Lilly ?
-Odpowiem pytaniem na pytanie. Znasz mity o greckich bogach i boginiach ?
-Afrodyta, Tezeusz te sprawy ? - spytałam. Kiwnął głową. - Czytałam, ale co to ma wspólnego z nami ?
-Meg, to nie są mity.
-Serio ? - spytałam ironicznie
-Nie wierzysz mi ?
-No, jakoś nie. - stwierdziłam
-Wierzysz, że Alexis jest wampirzycą, a nie potrafisz uwierzyć w mity ?
-Nie powiedziałam, że wierzę, że jest. - zaprzeczyłam
-Ja wiem, że wierzysz. Uwierz, to może Ci naprawdę pomóc.
Wpatrywał się we mnie uparcie. Nie mogłam przewidzieć, że tak się będzie przy tym upierał. I to z tym chłopakiem przed chwilą się całowałam. No właśnie... On tak wspaniale całuje.
-Meg. Nie myśl teraz o tym, co działo się pomiędzy nami jakieś pół godziny temu. - zarumieniłam się.
Skąd on to wiedział ?
-Skąd wiesz, że o tym myślałam ?
-Nie trudno się domyślić. Widzisz, taki jest mój dar od babki. Potrafię przejrzeć ludzi.
-No, to załóżmy, że mówisz prawdę. Kim jest twoja babcia ? Bóstwem ?
-Boginią mądrości.
-Czyli twoją babcią jest - próbowałam przypomnieć sobie podstawy mitologii.
-Atena. - uśmiechnął się.
-Aaa... No tak - sama się uśmiechnęłam.
Oboje wybuchnęliśmy śmiechem. Śmiejąc się znów zbliżyliśmy się do siebie i znów mogłam zobaczyć swoją twarz w jego oczach. Pięknych, ciemnych oczach rozjaśnionych jakimś dziwnym blaskiem. Oparłam się o jego ramię, a on nie protestował. Razem patrzyliśmy w gwiazdy, które były dziwnie wyraźne.
-Artemida robi nam prezent. - powiedział łagodnie z uśmiechem na ustach.
-Czyli to wszystko prawda ? Trochę trudno w to uwierzyć.
-Wiem, ale z czasem jest łatwiej. - pocałował mnie w czubek głowy.
-A co to ten Obóz ? - spytałam
-Jedno z niewielu miejsc, w których bezpieczne są takie dzieci jak ja, Alex, albo twoja siostra.
-Opowiesz mi o nim ? Proszę. -odwróciłam twarz w jego stronę.
-Niech Ci będzie. - zaczął opowiadać o półbogach, bogach. O zajęciach na tym Obozie :lataniu na pegazach, szermierce, ściance wspinaczkowej z prawdziwą lawą; o opiekunie Obozu - centaurze Chejronie; dyrektorze - Panu D.; o domkach, do których trafia się w zależności od boskiego rodzica; o wyroczni Rachel, a ja wsłuchana w jego ciepły, melodyjny głos, nawet nie wiem kiedy, zasnęłam.
*****Ranek*****
Obudziłam się w miękkiej pościeli, a na moją twarz padały promienie słońca. Otworzyłam oczy. Leżałam w łóżku, w białej pościeli. Zegarek na podłodze wskazywał 9.00. To mnie otrzeźwiło. Wstałam z niskiego łóżka, okazało się, że spałam w tych samych ubraniach co wczoraj. Rozejrzałam się po pokoju. Pokój był funkcjonalnie urządzony. W jednej ścianie były szerokie, szklane drzwi prowadzące na taras, w ścianę przeciwległą wbudowana była czarna szafa. Na przeciwko łóżka stało biurko z laptopem i nic więcej. W nogach łóżka, a właściwie materaca leżała kupka ciuchów. Sprawdziłam je, okazało się, że jest to jasnoniebieski T-shirt i czarne spodnie. Na samej górze leżała złożona kartka :
''Słodko wyglądasz, kiedy śpisz. Ubierz się i zejdź na dół. 
Jake''
Przebrałam się, bluzka była na mnie trochę za długa, ale niespecjalnie się tym przejęłam. Zeszłam na dół, wabiona zapachem jedzenia i dźwiękami muzyki. Przeszłam przez hol, w salonie zobaczyłam tańczące Lilly i Alexis. Przynajmniej jedna z nas miała z nią dobry kontakt. Patrzyłam na nie chwilę, Lilly zauważyła mnie pierwsza i pomachała do mnie z entuzjazmem, co zwróciło uwagę Alexis. Odwróciła się na pięcie i posłała mi szeroki uśmiech.
I ona ma być wampirem ?
Odwzajemniłam uśmiech i skierowałam się do kuchni, gdzie Jake smażył naleśniki. Bajka.
Spojrzał na mnie i jego twarz rozjaśnił uśmiech
-Dzień dobry, jak się spało ? Zjesz z nami ?
-Hej, świetnie. Bardzo chętnie. - też się uśmiechnęłam.
Usiadłam przy blacie, wpatrując się w chłopaka.
-Naprawdę jestem taki piękny, że nie możesz oderwać ode mnie wzroku ? - roześmiał się.
-Przepraszam - spuściłam wzrok.
-Nie masz za co. - usiadł na przeciwko mnie, a na blacie obok postawił talerz. Ujął mnie lekko pod brodę i już miał mnie pocałować, kiedy do kuchni wpadły roześmiane Lilly i Alexis.
-Ooo... Gołąbeczki - znów wybuchnęły śmiechem.
-Głodne ? - spytał chłopak
-Taak - zawołała mała
Usiadły obie i zaczęliśmy jeść. Śniadanie było wspaniałe.
-Spakowany ? - spytała ni stąd, ni zowąd Alex ; wyjeżdża ? Ale jak to ?
-Tak. - odpowiedział monosylabą.
-A ty Margaritte, gotowa ?
-Ja ? - zdziwiłam się
-Owszem. Jedziesz z nami. - nie sprawiała zadowolonej z zaistniałej sytuacji, ale jej brat uśmiechnął się. Dziewczyna straciła mną zainteresowanie.
-Lilly, jedziemy ? - spytała z uśmiechem
-Jedziemy - ucieszyła się - Kiedy jedziemy ?
-Właściwie, to możemy zaraz. Przyjedzie po nas ktoś z Obozu, J. ?
Uśmiechnął się tylko pod nosem nic nie mówiąc, ale jego siostra najwyraźniej wiedziała.
-Musiałeś akurat po Niego zadzwonić ?!
-Gwoli ścisłości, napisałem, żeby przyjechał .
Widziałam w jej oczach jednocześnie furię i radość. Usłyszałam sygnał wiadomości. Jake wyjął telefon.
-No, proszę bardzo. Twój kochaś czeka na dole.
-Zamknij się, palancie! - wydarła się na niego i pobiegła na górę.
-Wy też chodźcie. Wasza torba jest w holu, zejdźcie na dół. Zaraz do was dołączę. - pocałował mnie w policzek i podążył za siostrą. Zrobiłyśmy o co prosił. Na dole skinęła nam głową na powitanie recepcjonistka, a portier ukłonił się nam. Na chodniku, oparty o czarny samochód stał ciemnowłosy chłopak. Ubrany w ciemne jeansy i pomarańczowy podkoszulek, nosił na nadgarstku kilka skórzanych bransoletek, a na szyi rzemień z jakimiś paciorkami, którymi się bawił. Kiedy stanęłyśmy przed drzwiami podniósł wzrok i omiótł nas spojrzeniem brązowych oczu, a potem wrócił do poprzedniego zajęcia. Za chwilę drzwi się otworzyły i wypadła z nich Alexis, a za nią Jake. Dziewczyna momentalnie upuściła torbę którą niosła i rzuciła się temu dziwnemu chłopakowi w ramiona, po czym namiętnie go pocałowała. Patrzyłam na to wszystko trochę zdziwiona.
-Nie przejmuj się, oni tak zawsze, ale do wszystkiego da się przyzwyczaić. - mrugnął do mnie.
Dziewczyna szepnęła mu coś do ucha i spojrzał na mnie, tym razem weselszym wzrokiem. Wyciągnął do mnie rękę.
-Miło poznać, kogoś nowego - uśmiechnął się - Jestem Nico.
Uścisnęłam jego dłoń.
-Jestem Meg, też miło mi poznać.
-Jedźmy już. - Alexis pociągnęła swojego chłopaka za rękę.
Włożyli torby do bagażnika, Alexis usiadła z przodu, a ja, Jake i Lilly z tyłu. Pojechaliśmy w stronę zatoki Long Island. Po drodze właściwie tylko Jake, Alexis i jej chłopak rozmawiali.
Kiedy dojechaliśmy na miejsce, było już popołudnie.
Wysiedliśmy i wspięliśmy się na niskie wzgórze, na którego szczycie rosła sosna. Jake uśmiechnął się, podobnie jak Alexis, która już biegła w dół wzgórza razem z Nikiem.
-Witaj w Obozie Herosów.

niedziela, 24 marca 2013

Rozdział VI ~*~Meg~*~

Rozdział
 VI
~*~Meg~*~
Wpatrywałam się w moją siostrę, która zaczęła nucić starą, francuską kołysankę, którą nuciła nam mama. Przypomniałam sobie naszą ostatnią rozmowę :
,,-Naprawdę musisz jechać ? - spytałam wtulona w jedwabną bluzkę mamy, która jak zawsze pachniała perfumami Chanel.
-Skarbie, za 4 dni wracam. A wtedy już nie będę musiała was zostawiać.
-Obiecujesz ?
-Obiecuję. Na mały palec ? - gest z disneyowskiej bajki. Uśmiechnęłyśmy się obie.
-Na mały palec - złączyłyśmy palce. - Kocham Cię mamo.
-Veronique, musisz już jechać. - do holu wszedł tata z Lilly na rękach.
-Już idę Matt. - ucałowała Lill, mnie i wzięła walizkę. Zeszła na dół, a my za nią. Na dole czekała już na nią biała limuzyna. Wsiadła do niej.
-Margaritte, opiekuj się siostrą. Kiedy wrócę porozmawiamy i wszystko Ci wyjaśnię.
-Dobrze mamo, kocham Cię. - nie wiedziałam, że mówię te słowa po raz ostatni. Samochód odjechał.''

Nadal stałam na tarasie, ale po mojej twarzy płynęły łzy.
-Co widziałaś ? - Lil przerwała nucenie kołysanki.
-Mamę. Kiedy ostatni raz wyjeżdżała. - coś mi wpadło do głowy - Czy ona wiedziała ?
-Wiedziała - zgodziła się Lilly.
-Więc, czemu nam nie powiedziała ? Własnym dzieciom ?
-To nie był czas. Uwierz Meggie. Ale dzisiaj wszystko się wyjaśni. - uśmiechnęła się łagodnie i przytuliła mnie mocno. Odwzajemniłam uścisk. Kiedy już mnie puściła, ziewnęła szeroko.
-Może czas się położyć, mądralo ? - roześmiałyśmy się obie. Było prawie tak jak dawniej. Pomijając, że stałyśmy na tarasie apartamentu z widokiem na cały Manhattan, moja siostra była chodzącą encyklopedią, a ja jako jedyna nie wiedziałam co się dzieje. Wtedy myślałam, że to najgorsze co może mnie spotkać. Myślałam tak do momentu, kiedy do salonu wpadł nie kto inny, tylko wściekła Alexis.
-Co ona tu jeszcze robi ? - prawie to wysyczała. Kiedy na nią patrzyłam, jedyne z czym mi się kojarzyła, to burza. Wściekła burza, a w jej przypadku powiedzenie, 'gdyby wzrok mogł zabić' nabierało nowego znaczenia.
-Uspokój się. - Jake wstał i zagrodził jej drogę.
-Nie powstrzymuj mnie. I tak ją stąd wyrzucę.
-Nie. Nawet jej nie tkniesz. - powiedział zimnym głosem. Nie widziałam reakcji dziewczyny, ale momentalnie się zatrzymała .
-Grozisz mi ? Naprawdę braciszku, stać Cię na kogoś więcej, niż na tę tępą śmiertelniczkę. Ona nawet nie potrafi się domyślić prawdy. - zaśmiała się ironicznie.
-Więc może mi powiesz prawdę ? - nie wytrzymałam i przeszłam, przed chłopaka, który chciał mnie zatrzymać, ale ja byłam zdeterminowana. Stanęłam z nią twarzą w twarz. Spojrzała na mnie, co najmniej z pogardą.
-Śmiesz mnie o coś prosić ? - uniosła wysoko brwi.
-Czy to dziwne ? - starałam się być miła, ale nie ukrywam, że jej udawana wyższość była mocno denerwująca. Zmierzyła mnie wzrokiem, tych zielonych oczu. Odniosłam wrażenie, że gdyby chciała bez wysiłku mogłaby mnie zmusić do wszystkiego.
-A zatem dobrze. Jake odsuń się. Oboje usiądźcie. - zrobiłam o co prosiła. Jeszcze przez chwilę rodzeństwo mierzyło się wzrokiem. Najwyraźniej dziewczyna wygrała, bo chłopak usiadł. Wyszła na taras.
-Gratuluję, przekonałaś moją siostrę do rozmowy. Naprawdę, masz talent. - stwierdził
-Hm, dzięki. Nie było tak trudno - uśmiechnęłam się niepewnie. Odwzajemnił uśmiech.
Patrzyłam jak Alexis szepcze coś do ucha mojej siostry, rozmawiają chwilę, a potem kilka rzeczy stało się jednocześnie. Lilly wbiegła do salonu, Alex odwróciła się w stronę pokoju, a srebrna strzała przelciała tuż obok niej, jednocześnie zachaczając o jej ramię i wbiła się w przeciwległą ścianę. Jake zerwał się z fotela i pobiegł do siostry i wciągnął ją do środka, zamykając drzwi.
-Cholerni Łowcy. - zaklęła trzymając się za ramię. Łowcy, srebrne strzały ? O co tu chodziło ?
-Wiedziałem, że to głupi pomysł, żebyś tu przyjeżdżała. - usadził ją na fotelu.
-Och, daj spokój. Nie dali rady złapać mnie w Trevii, ale dopadają mnie w Nowym Jorku. I jak to możliwe ? - syknęła, kiedy jej brat polał jej ramię jakimś złotawym płynem.
-Skoro Cię tu znaleźli, to musisz natychmiast wracać.
-Nic mi nie będzie. Z resztą, nie możemy ich tutaj zostawić. - spojrzała na mnie i Lilly.
-Więc zabierzemy je na Obóz, nie ma innego wyjścia.
-Jaki Obóz ? - wtrąciłam się - I o co z tym wszystkim chodzi ?
-Wyjaśnij jej Jake. Ja zapoluję na te gady. W końcu mi zapłacą za kilku przyjaciół.
-Nie, czekaj. To... - dziewczyna po prostu zniknęła. - Niebezpieczne. - dokończył
-Jake ? O co tu chodzi ? Co to wszystko ma znaczyć ? - dopytywałam
-Wyjaśnię Ci, ale najpierw może położysz swoją siostrę ? - spytał wyciągając komórką i wystukując nerwowo jakąś wiadomość.
-No dobrze. - zabrałam Lil na górę, do pokoju, który pokazywał nam Jake. Położyłam ją w łóżku ze srebrno-turkusową pościelą.
-Wszystko będzie dobrze, prawda ? - spytała cicho
-Oczywiście, kochanie. Wszystko będzie dobrze. - uśmiechnęłam się.
-Dobranoc, Meggie. - Lilly ziewnęła słodko i zamknęła błękitne oczy. Siedziałam jeszcze chwilę przy niej, a mój umysł pracował na najwyższych obrotach. W końcu zdecydowałam się wyjść na taras. Oparłam ręce o barierkę z zimnego, białego kamienia. Sierpniowa, ciepła noc, zmieniła się w jakiś dziwny kalejdoskop. Najpierw jacyś dziwni ludzie, później dziewczyna, która ma w oczach rządzę mordu na mnie, srebrne strzały, dziwne zwierzęta. Co tu się u diabła dzieje ?!
-Meg ? - podskoczyłam i odwróciłam się. Kilka kroków za mną stał Jake. - Wszystko w porządku ?
-Jasne. Moja siostra okazuje się chodzącą encyklopedią, Twoja mnie nienawidzi, ktoś chce ją zabić, a w międzyczasie ze 20 razy słyszę, że jesteśmy inne, ale nikt nie razczy nam powiedzieć dlaczego. Dzień jak co dzień. -uśmiechnął się lekko.
-Rzeczywiście, nie najlepszy początek znajomości. - przysunął się bliżej. - Słuchaj, naprawdę przepraszam za Alex. Ona po prostu już taka jest. Ale jak się ją pozna...
-Jest zupełnie inna ? - domyśliłam się.
-Aha. Po prostu, nie lubi, jak ktoś wchodzi jej w drogę. A ty po prostu pojawiłaś się w nieodpowiednim momencie.
-Żałujesz, że nam pomogłeś ? - spytałam ze smutkiem w głosie
-Absolutnie nie, to że Cię spotkałem to... najwspanialszy moment mojego życia. Tak jakbym czekał właśnie na Ciebie. - spojrzał na mnie tymi pięknymi, ciemnymi oczami i, możliwe, że była to najgłupsza rzecz tego wieczoru, ale pochylił się i pocałował mnie. Jego ciepłe wargi dotknęły moich i miałam wrażenie, jakby te wszystkie wydarzenia, cała metropolia za moimi plecami - jakby tego po prostu nie było. Liczył się tylko on i ja. Po chwili jego pocałunki stały się inne, bardziej łapczywe, namiętne, jakby nie mógł uwierzyć w to, że mnie całuje. Że to co się teraz dzieje, zaraz okaże się tylko pięknym snem. Po prawdzie ja też miałam takie uczucie, więc teraz oboje całowaliśmy się z równą namiętnością i nie ważne było to co działo się wokół. Ważne były tylko nasze spragnione swojego dotyku usta i to, żeby ta chwila trwała wiecznie.

piątek, 22 marca 2013

Bohaterowie drugoplanowi

Bohaterowie
Drugoplanowi
  • Thalia Grace - córka Zeusa, młodsza siostra Alexis. Poruczniczka 'Łowczyń Artemidy'

  • Hazel Levesque - córka Plutona, dziewczyna Franka. Potrafi znaleźć wszelkie bogactwa pod Ziemią, chroni 'drewienko'.
  • Piper McLean - córka Afrodyty, narzeczona Jasona. W połowie czirokezka, jej ojciec jest gwiazdorem filmowym. Ona sama nie lubi być w centrum uwagi. Używa czaromowy.
  • Jason Grace - syn Jupitera, młodszy brat Thali i Alexis. Narzeczony Piper. Ma burzowego rumaka - Groma. 
  •  Frank Zhang - syn Marsa, chłopak Hazel. Kandyjczyk chińskiego pochodzenia. Jego życie zależy od 'drewienka'. 
  • Leon 'Leo' Valdez - syn Hefajstosa. Aktualnie wolny. Pochodzi z Houston, jego dziadkiem jest Sammy Valdez. 
  • Grover Underwood - satyr. Chłopak Kaliny. Wybrany przez Pana. 
  • Aidan  - syn Alexis. Bratnia dusza Lilly, ma 9 lat, ale jest zdecydowanie mądrzejszy, ponieważ został wychowany przez samą 'Noc'.
  • Thalia Jackson - córka Annabeth i Percy'ego. Siostra bliźniaczka Charlie'ego Ma moce podobne do swojego taty. 
  • Charlie Jackson - syn Annabeth i Percy'ego. Brat bliźniak Thali. Jest bardzo podobny do mamy.
  • Paula Haven - córka Apolla, przyjaciółka Alexis. Kochana wariatka.
  • Travis Hood - syn Hermesa. Brat bliźniak Connor'a. Chłopak Ady. Starszy i spokojniejszy z nieposkromionej dwójki.
  • Connor Hood - syn Hermesa. Brat bliźniak Travis'a. 'Bad boy' przyjacielski, ma genialne pomysły.
 
 
  • Ada Muzyka - córka Apolla, siostra Pauli. Dziewczyna Travis'a. Jej śpiew działa podobnie do czaromowy. Jest jedną z niewielu półbogiń i półbogów bez dysleksji. 

Rozdział V ~*~Meg~*~

Rozdział 
V
~*~Meg~*~ 
-A teraz żegnam. -stwierdziła Alexis i dumnie wyszła na taras i zrobiła bardzo dziwną rzecz - wskoczyła na barierkę i skoczyła w dół. Mimo, że byłam na nią wściekła, to mimowolnie zerwałam się z fotela i wbiegłam na taras, wyjrzałam przez barierkę, ale nic nie zobaczyłam. Tylko śnieżnobiały ptak z czarnymi końcówkami skrzydeł wzleciał w górę, a jego szpony o milimetry minęły moją twarz. Odwróciłam się w stronę salonu i zobaczyłam, że nikt specjalnie nie przejął się wyczynem tej szalonej dziewczyny, jak gdyby skakanie z 30 piętra było w jej wykonaniu normą.
-Czy ona... - nie potrafiłam wydusić z siebie pełnego zdania.
-Wróci kiedy jej przejdzie, często to robi. - odpowiedział z łagodnym uśmiechem, ten facet-Percy.
-Dla was normalne jest skakanie z wysokich budynków ?!
-W wykonaniu Alex, owszem. Uwierz mi, nic jej nie będzie. - powiedział spokojnie Percy. Weszłam, pełna wątpliwości do salonu i usiadłam na dywanie, a Jake obok mnie. Nie zwróciłam nawet na to uwagi, zajęta swoimi myślami. Co było tak niebezpieczne, że Jake nie chciał nam o tym powiedzieć ; co chciała o nas powiedzieć Alexis i czemu była na mnie tak wściekła ?
-Hm... my już pójdziemy. - powiedziała cicho i łagodnie Annabeth - Thalia, Charlie idziemy. - cała czwórka poszła do holu, zaczęli ubierać dzieci. Ta mała Thalia podbiegła i przytuliła mnie.
-Thalia ! - zawołał Percy. Ja poczułam zapach morza, a na twarzy dotyk ciepłej bryzy. Zdziwiona otworzyłam oczy. Dziewczynka uśmiechnęła się figlarnie i pobiegła do swoich rodziców.
-No, to my idziemy. Do zobaczenia - zawołał
-Cześć - pożegnał się cicho Jake. Ja wstałam i chciałam iść na górę, ale nieopatrznie spojrzałam w stronę chłopaka. Powiedzieć, że był smutny, to jak nazwać tajfun, letnim powiewem. Spuszczony wzrok, zaciśnięte wargi; siedział zgarbiony z grobową miną.
-Jake ? - uklękłam przed nim - Co się dzieje ?
Nie odpowiedział, tylko odsunął się ode mnie. Dotknęłam jego ciepłego policzka, trochę się rozluźnił.
-Jay - powiedziałam łagodnym głosem, takim jak moja mama uspokajała mnie. - powiedz mi proszę.
-Nie mogę. Proś mnie o wszystko, ale nie o to. - powiedział zbolałym głosem.
-Powiedziałeś, że coś nam grozi. Może jeśli mi powiesz, to przestanie nam zagrażać ?
-Mylisz się. Jeśli poznacie prawdę, będziecie w jeszcze większym niebezpieczeństwie.
-Czyli nie powiesz mi ?
-Naprawdę bardzo bym chciał, ale za bardzo mi na Tobie zależy - podniósł wzrok i spojrzał mi w oczy. Miałam wrażenie, że patrzę w studnie bez dna, ale nie była pusta. Jego oczy były przepełnione jednocześnie strachem i ciepłem, smutkiem i... miłością ?
Na pewno było w nich jakieś silne, ciepłe uczucie... do mnie.
-Meggie ? - usłyszałam śpiewny głos Lilly. Odskoczyłam od chłopaka. Lil patrzyła to na niego, to na mnie, to na nasze splecione ręce. Nawet nie zauważyłam tego faktu, czym prędzej puściłam jego dłoń, a on zaskoczony zrobił to samo.
Lilly stała w progu, w białej sukience, z lekko wilgotnymi włosami - wyglądała na bardzo szczęśliwą. Zaczęła rozglądać się po pokoju.
-Gdzie Alexis ? - spytała zdezorientowana. To co zdziwiło mnie najbardziej, to fakt, że znała jej imię, choć nikt ich sobie nie przedstawił.
-Musiała wyjść. Niedługo wróci. - odpowiedział Jake
-Nic jej nie będzie ? - zapytała
-Nic, a nic. Moja siostra zawsze sobie poradzi. - uśmiechnął się słabo. Lil podeszła do nas i usiadła pomiędzy mną a nim.
-Ona jest inna. Skrzywdzona, ale dumna. Nosi w sobie po równo światło i cień. I jest taka, jaka być powinna. - jej zwykle błękitne tęczówki, były przepełnione jakimś dziwnym blaskiem, takim światłem mądrości, jakby nie należały do niej. A po wypowiedzeniu tych zdań, wstała i wybiegła w podskokach na taras, gdzie zadarła głowę do góry patrząc w gwiazdy' zaczęła coś szeptać.
Chłopak położył dłoń na mojej i powiedział :
-Idź do niej. Twoja siostra jest bardzo mądra. - pokiwałam głową. Wyszłam na taras.
-Hej mała. Z kim rozmawiasz ?
-Z mamą. Słyszę jej głos. Ona zna Alexis i wie inne rzeczy.
-I ona Ci to wszystko mówi ?
-Tylko jeśli spytam. Ty też możesz spytać. - uśmiechnęła się i odwróciła w moją stronę.
-No dobrze... Czemu nikt nie chce mi powiedzieć prawdy ?
Jej oczy znów rozbłysły tym dziwnym blaskiem.
-Prawda jest niebezpieczna. Ja wiem kim jesteśmy, i to nie jest nic złego. Ale ty, Meggie nie potrafiłabyś się pogodzić z prawdą. Jeszcze nie.
~~~~~~~~
Dedyk dla mojej kochanej sis, której uwielbiam tłumaczyć zawiłości mitologii egipskiej :*

wtorek, 19 marca 2013

Rozdział IV ~*~Alexis~*~

Rozdział
IV
~*~Alexis~*~
Moja nocna podróż nad Nowym Jorkiem skończyła się na wybrzeżu East River. Tam już ktoś na mnie czekał. Anubis - pewnie kojarzycie postać strażnika śmierci, o głowie szakala, który waży serca zmarłych na wadze Maat, wraz z piórem prawdy. Podstawowy błąd. No, rzeczywiście większość ludzi widzi go właśnie tak, ale ja widzę go jako chłopaka. I to nie byle jakiego chłopaka. Jeśli kiedyś spotkacie w okolicy cmentarza, krypt, albo miejsc dawnych bitew czy katastrof chłopaka w wieku około 16 lat, z lekko indiańską urodą, długimi prawie do ramion, czarnymi włosami, ubranego w ciemne jeansy, glany, skórzaną kurtkę i koszulkę jakiegoś zespołu rockowego, to albo spotkaliście indianina w okresie buntu, albo boga śmierci we własnej osobie. Oczywiście polecam drugą opcję.
-Hej - przywitał się melodyjnym głosem. - Pięknie wyglądasz. - Musicie wiedzieć, że mój wygląd się zmienia, gdy On jest w pobliżu. Moje legginsy, koszulka i botki, zmieniły się w długą, zwiewną, czarną szatę i wysoko wiązanek skórzane sandały. Typowy strój kapłanki ze starożytnego Egiptu.
-Witaj. Czemu akurat to miejsce ? Jaki ma związek ze śmiercią ? - spytałam
-Katastrofa na East River w 1904, ponad tysiąc ludzi tu zginęło. A w tym miejscu składano ciała do rozpoznania. - odparł z melancholią w głosie
-Mógłbyś czasami oszczędzić sobie albo mi szczegółów ?
-Odpowiedziałem po prostu na twoje pytanie, czy to coś złego ? - uśmiechnął się lekko. Był irytujący, to fakt, ale uwielbiałam spędzać z nim czas.Usiadłam obok i zobaczyłam dokładnie to o czym mi opowiedział. Katastrofę statku, mnóstwo migoczących postaci w strojach z epoki wychodzących z wody. Wydaje się straszne ? Rzeczywiście, ale tylko na początku. Ci ludzie zaczęli siadać wokół nas, dzieci bawiły się, a dorośli rozmawiali.
-Co tu robisz ? - spytał i spojrzał na mnie ciemnoczekoladowymi oczami.
-Co ja tu robię ? Szczerze nie wiem. Jake sprowadził do domu dwie obce dziewczyny, z czego jedna jest półboginią, a drugiej szczerze nienawidzę, ale mój głupi brat nie pozwala mi jej wyrzucić, więc to ja wyszłam. 
-A pies ?
-Ja Ci się tu żalę, a ty myślisz tylko o tych zwierzakach. Dobijasz mnie kompletnie. - zagwizdałam cicho, i u mojego boku pojawił się Duat. - Masz swojego psa. Zadowolony ? - spytałam z wyrzutem w głosie, wstałam i zaczęłam iść w stronę Mostu Brooklyńskiego.
-Hej zaczekaj ! - krzyknął za mną, ale ja nie zwracałam na to uwagi. Tylko szłam przed siebie. Wiedziałam, że nie odpuści tak łatwo, nie on.
-Czekaj. - złapał mnie i obrócił w swoją stronę - Nie możesz za każdym razem obrażać się i uciekać.
-Jesteś pewny ? - spytałam przekornie, patrząc w ciemne oczy chłopaka.
-Absolutnie - uśmiechnął się, a ja poczułam zapach bursztynowego kadzidła, który zawsze mnie uspokajał. 
-Nienawidzę, kiedy masz rację. - zmarszczyłam brwii.
-To wiem. Co u... - nie dokończył. Wiedziałam o kogo chodziło.
-Wszystko w porządku. Chciałby się z Tobą zobaczyć. - uśmiechnęłam się łagodnie. Wiedziałam, że było mu trudno mówić o Aidanie. O... naszym synu.
-Naprawdę ? - spojrzał na mnie z mieszaniną radości i zdziwienia na twarzy
-Mhm. Więc ? - spytałam
-D-dobrze. Kiedy ?
-Za dwa dni. Na Rockefferel Center ?
-Świetnie. To... do zobaczenia ?
-Do zobaczenia.
Każde z nas poszło w swoją stronę. Może, skoro on zaczął akceptować myśl, że Aidan to jego syn, to może ja mogę zaakceptować tą śmiertelniczkę ? Może...
~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział krótki, ale nie mam pomysłu. Dedykacja tym razem dla Móżdżka na przeprosiny :)

poniedziałek, 18 marca 2013

Rozdział III ~*~Alexis~*~

Rozdział
III
~*~ Alexis ~*~
''Intryguje mnie ta dziewczyna. Wydaje się być taka odważna, pewna siebie, a jednak boi się. Tylko trudno powiedzieć czego. Może odrzucenia ?''
Usiadłam na sofie, a Duat ~ mój udomowiony szakal, który właściwie razem z Anch'iem właściwie służy Anubisowi, ale nie moja wina, że nawet jego psy wolą mnie, usiadł koło mnie tak, że mogłam glaskać jego atramentowo-czarną sierść. Półleżąc, głaszcząc 'psa' spytałam :
-Co o Niej sądzicie ? - moje pytanie było skierowane do Perseusza i Ann, a także do mojego brata, który właśnie wszedł do salonu zamyślony i usiadł w kremowym fotelu, patrząc nieobecnym wzrokiem na dywan w kremowo-czekoladowy wzór.
-Jej siostra jest urocza. - powiedział Percy
-Dla Ciebie, Glonomóżdżku wszystkie dzieci są urocze - zaśmiała się Annabeth - Prócz twoich własnych. Na pewno bardzo się o nią troszczy. - zwróciła się do mnie
Annabeth kochała droczyć się z Percy'm. To zrozumiałe, ja i Nic mieliśmy podobnie. 
-Ona wyraźnie czegoś się boi, tylko trudno powiedzieć czego. - stwierdził głosem, który brzmiał jakby z daleka Jake
-Nawet Tobie ? - uśmiechnęłam się lekko. Mój braciszek potrafił przejrzeć duszę człowieka, więc rzadko zdarzało się, żeby nie wiedział, czego dana osoba się boi. Szczególnie jeśli strach był tak widoczny.
-Nie potrafię czytać w myślach. Spostrzegawczość i łatwość oceniania to nie to samo.
-Wiem, ale bardzo mnie to ciekawi. Jedyne czego jestem pewna to tego, iż jest absolutnie zwykła.
-To chyba dobrze ? No wiesz, wasza dwójka to i tak dużo, jak na jedno miejsce. A swoją drogą kiedy wracasz na Obóz ?
-Jasne, choć nie zdziwiłabym się gdyby jej siostra była. A co do drugiego pytania to nie wiem, może za jakieś dwa dni, a co ?
-Nic, twoi chłopcy się za Tobą stęsknili. - powiedziała Ann.
-Ale taka mała ? - zdziwił się Percy
-Możliwe. - spojrzałam na zamyślonego Jake'a. - A ty co sądzisz, śpiąca królewno ?
Moje pytanie wywołało wybuch śmiechu u bliźniaków i obudziło Jake'a.
-'Co' o czym sądzę ?
-O tej dwójce, którą sprowadziłeś. Są takie ? Jak myślisz ?
-Jesteśmy jakie ? - do salonu weszła Meg. Najwyraźniej słyszała dość dużo, aby być wściekłą.
-Meggie - Jake zerwał się z fotela, co zdziwiło mnie bardzo.
-Uważacie, że jesteśmy złodziejkami czy kimś podobnym ?!
-Absolutnie nie, to nie tak. - zaczął protestować.
-Więc ?! - spytała z wściekłością. Duat zerwał się na równe łapy i obnażył kły. Zacmokałam na niego, więc usiadł z powrotem na ziemi, czujnie obserwując nowo przybyłą. A ja nawet nie wstając z sofy, użyłam jednego z wielu moich niezwykłych darów : czaromowy.
-Najpierw wszyscy usiądźmy i uspokójmy się. - Wszyscy usiedli.
-A więc ? - powiedziała znacznie już spokojniej.
-Zdania nie zaczyna się od no więc, to po pierwsze. Po drugie gdzie twoja siostra ?
-Na górze, a w ogóle co Cię to obchodzi ?
-Grzeczniej, mój pies nie lubi, kiedy ktoś podnosi na mnie głos. - Duat zawarczał potakująco.
-Kim według was jesteśmy ? - spytała
-Och, oczywiście jesteście...- już miałam powiedzieć 'Półboginiami' ale przerwał mi mój irytujący brat przerwał mi.
-Alex. Cicho !
-Ma prawo wiedzieć - zaprotestowałam z mocą
-Nie próbuj tych swoich sztuczek, wiesz czym to grozi. - spojrzał na mnie chłodno
-No, daj spokój. Nic jej nie będzie. - spojrzał na mnie wymownie - Dobra, jak chcesz.
-O czym wy do diabła mówicie ?! Kim jesteśmy ? I czemu ma być to oczywiste ? - krzyknęła
-Och, uspokój się. Nie dramatyzuj.
-Nie dramatyzuj ? Mówisz o mnie i o mojej siostrze, nie chcesz mi tego powiedzieć i jeszcze śmiesz twierdzić, że JA dramatyzuję ?! - krzyknęła, tym razem na mnie. A ja najspokojniej w świecie głaskałam łeb mojego psa.
-Przecież ja nic nie mówiłam - włożyłam w te słowa sporo czarów, tak, że zwykłego śmiertelnika na pewno by przekonały. Ona najwyraźniej nie była zwykła.
-KŁAMIESZ ! Mówiłaś o mnie i mojej siostrze i wmawiasz mi, że tak nie było. Jesteś kłamliwą żmiją.
-Jak mnie nazwałaś ? - powiedziałam głosem, który na myśl przywodził rozszczepiający się lód.
-Kłamcą. Jesteś kłamcą. Obgadujesz ludzi za ich plecami i jeszcze kłamiesz w żywe oczy. Zawsze taka jesteś czy tylko w stosunku do ludzi, którzy Ci nie pasują ?
-Zazdrościsz ? Że ja potrafię powiedzieć co myślę i czuje a Tobie to nie wychodzi ? Czy może zazdrościsz mi domu i rodziny, której nie masz ? Może rzeczywiście los Cię ciężko doświadczył, ale wyobraź sobie, że nie jesteś jedyna pokrzywdzoną osobą na świecie. A skoro tak bardzo Ci się tu nie podoba to wynoś się z mojego domu !
-Alexis, nie. Ona ma prawo tu być, bo ja ją tu zaprosiłem. - sprzeciwił mi się Jake.
-I ty ? Przeciwko Mnie ? - nie mogłam w to uwierzyć - A więc dobrze, tylko nie licz, że będę ułatwiać tej rozwydzrzonej dziewczynie życia. Wręcz przeciwnie. A teraz żegnam. - wyszłam na taras. Wskoczyłam na barierkę, co było dość sporym wyczynem zważając na piętnastocentymetrowe obcasy i tak, jakby była to najzwyklejsza rzecz na świecie zeskoczyłam w dół. Ale nie spadłam, w połowie drogi w dół zrobiłam coś, czego nie robiłam dawno. Zamieniłam się w ptaka, w pięknego orła i poszybowałam nad Manhattanem, aby spotkać się z samą Śmiercią.
~~~~~~~~~~~~~~~~
Rozdział specjalnie dla Dżerrki, zdrowiej nam szybko kochana. Mam nadzieję, że się spodoba :)

niedziela, 17 marca 2013

Rozdział II ~*~Meg~*~

Rozdział II
~*~ Meg ~*~
Weszliśmy do windy w stylu art déco, która w środku była właściwie jednym wielkim lustrem. Lilly stała pomiędzy nami, oparta o moje nogi. Jake oparł się o jedną z lustrzanych ścian i zaczął bawić się białym iPhone'm. Wjechaliśmy na ostatnie piętro, a drzwi otworzyły się wprost na przestronny apartament. W salonie zobaczyłam dwójkę dzieci o blond włosach i dwójkę ludzi, dziewczyna wyglądała na matkę dwójki, a chłopak miał ten sam morski odcień oczu.
-To Annabeth i Percy, a ta dwójka urwisów to Thalia i Charles. - wyszeptał mi do ucha Jake. Poprowadził nas do jasnej kuchni, postawił torbę z zakupami na granitowym blacie obok mojego plecaka. Wskazał nam gestem, abyśmy usiadły na czarnych krzesłach, a sam zaczął przeglądać pocztę. Chwilę później, podeszła do nas kobieta po trzydziestce i podała nam po szklance lemoniady. Lilly momentalnie przypięła się do słomki,ja tylko przesuwałam palcem po brzegu szklanki.
-Możesz się napić. Nie jest zatrute. - chłopak podniósł wzrok znad listów.
-Nie o to chodzi. - wpatrywał się we mnie uparcie, więc upiłam łyk. Najwyraźniej zadowoliło go to, bo wrócił do przeglądania papierów.
-Czemu nam pomogłeś ? - spytałam
-A czemu nie ? - odpowiedział pytaniem na pytanie.
-To nie odpowiedź. - zaprotestowałam
-Uznałem, że tak będzie właściwie, zadowolona ?
Przytaknęłam, ale nie była to dla mnie wystarczająca odpowiedź.
Usłyszałam znajomą melodię z 'Króla Lwa'.
-Oglądają 'Króla Lwa'. Meggy, mogę też iść oglądać ? Mogę ?
-Ja... Nie wiem.
-Jake, mogę ? Mogę, mogę, mogę ? - zaczęła wesoło podskakiwać
-Oczywiście, że możesz, królewno. - wziął ją na ręce i zaniósł do salonu.
Siedziałam w kuchni sama, kiedy usłyszałam głos osoby stojącej w drzwiach :  
-Kim ty jesteś ? - powiedziała to dziewczyna z krótkimi, ciemnymi włosami i przenikliwymi, zielono-złotymi oczami wypełnionych wściekłością. Była trupio blada, ale niezaprzeczalnie piękna. Ubrana w czarne legginsy, białą luźną koszulkę z symbolem anch i wysokie, czarne botki. Słowem, musiała to być legendarna Alexis.
-Ja... - nie wiedziałam co powiedzieć - Ty musisz być Alexis.
-Tak, to ja. Ale kim jesteś ty ? - ostatnie zdanie wycedziła przez zęby.   
-Ja... - znów nie wiedziałam co powiedzieć. To chyba przez jej wygląd, kojarzyła mi się z kobrą, która hipnotyzuje swoje ofiary przed atakiem. I rzeczywiście, czułam się jak takie małe, bezbronne zwierzątko. - Twój brat mnie tu przyprowadził. - jedyne co przyszło mi do głowy.
-Nie dziwię się. Zawsze miał dziwne podejście do pomagania innym. Ale ile razy mam pytać 'Kim jesteś ?' zanim się tego dowiem ?
-Jestem Meg, właściwie Margaritte. Miło mi Cię poznać. - wyraz jej twarzy zmienił się momentalnie.
-Ach tak. - uśmiechnęła się promiennie. - Więc co tu robisz ? A właściwie robicie ?
-My uciekłyśmy z domu. Moja siostra i ja. Twój brat nas znalazł i przyprowadził tutaj.
-Rozumiem, a uciekłyście, bo ?
Nie odpowiedziałam. Nie potrafiłam, nie wiem czemu.
-Przepraszam, nie musisz nic mówić.
-Nie, po prostu... To trudne. - patrzyła się na mnie, oczami, które z oczu wściekłej kobry zmieniły się w oczy małego szczeniaczka - łagodne i urocze. Zaczęłam opowiadać : o mamie, która umarła wracając z pokazów w Mediolanie, o pijaństwie i depresji ojca, o Lilly, o naszej ucieczce, a w końcu o tym, jak znalazł nas Jake.
-I masz tylko 17 lat ? - spytała
-No tak.
-Twoja mama była projektantką ?
-Byłą top modelką. To miał być jej ostatni pokaz, przed ostatecznym końcem kariery. I nie wątpliwie był.
-Pamiętam ten wypadek. Byłam wtedy w Mediolanie, na tych pokazach.
-To ile masz lat ?
-Pię... Piętnaście lat miałam, kiedy zdarzył się ten wypadek.
-Nie wyglądasz na 20 lat. To znaczy... przepraszam, ale...
-Och, nie szkodzi. - uśmiechnęła się- Wiem, że nie wyglądam, ale w końcu wiek to tylko liczba.
Spojrzała na srebrny zegarek w kształcie kwiatu, który miała na nadgarstku.
-Cóż, zrobiło się trochę późno. Na pewno obie jesteście zmęczone. Vivienne ! -zawołała.
-Tak, pani ? - spytała kobieta, która wcześniej podawała nam lemoniadę.
-Przygotujcie pokój gościnny dla dwójki osób.
-Czy to wszystko ? 
-Hm... Niech Santiago zadzwoni do Marca i potwierdzi jutrzejszy obiad. To wszystko.
Kobieta odeszła, a my skierowałyśmy się do salonu. Cała czwórka bawiła się w najlepsze. Tak, powiedziałam czwórka, Jake bawił się wraz z nimi, z równą radością. Lilly siedziała na piersi chłopaka, a blond bliźniaki, bo musiały być bliźniakami, biegały wokół nich.
-Lil, chodź. - zawołałam ją.
-Czemu ? Bawimy się - cała czwórka przerwała grę w 'męczenie Jake'a'
-Właśnie. Czemu ? - dołączył się ten ostatni.
-Bo masz braciszku, lat osiemnaście, a nie osiem. Później się pobawicie. - stwierdziła Alexis
-No dobrze. - oboje się zgodzili, Lilly podbiegła do mnie a chłopak, usiadł.
-Zaprowadzę was na górę. - zaproponował
Zgodziłam się. Weszliśmy po szklanych, kręconych schodach na piętro, którego fragment był czymś w rodzaju galerii widokowej. Z jedej strony widok na przestronne mieszkanie, a z drugiej... zapierająca dech w piersiach panorama Manhattanu.
-Tutaj macie łazienkę, a tam będziecie spać... Słuchasz ty mnie ?
-Co, co mówiłeś ? - spytałam przywrócona do rzeczywistości.
-Piękne prawda ? - podszedł tak blisko, że czułam na szyi jego ciepły oddech.
-Dziękuję. - odwróciłam się. Nasze twarze dzieliły centymetry. Jake zmniejszył ten dystans o połowę. Widziałam odbicie własnej twarzy w jego ciemnych tęczówkach. Jego usta były tak blisko, czułam jego ciepło. Pochylił się jeszcze bardziej i...
-Nie masz za co. Jesteś tego warta. - uśmiechnął się i odsunął ode mnie. Zbiegł na dół, a ja stałam oniemiała i patrzyłam za nim. W końcu westchnęłam i powiedziałam :
-Chodź mała, trzeba Cię umyć.