Rozdział
X
~*~Meg~*~
Jake złapał mnie za nadgarstek i sprowadził z werandy. Bez słowa pociągnął w stronę zbiorowiska możliwie najdziwniejszych budynków na świecie. Jeden wyglądał jakby jego projektant nie mógł zdecydować się, czy woli architekturę starożytną czy steampunk, inny jaśniał srebrnym światłem, a jeszcze inny pokryty był nieumiejętnie nałożoną, krwistoczerwoną farbą. Przed każdym z nich siedziały dzieciaki w różnym wieku, najmłodsze z nich mogło mieć 5 lat, najstarsze około 20. Grupa kilkunastu grała na boisku w siatkówkę.
- Dzieciaki Apollina, banda pozerów. Nie zwracaj uwagi. - położył dłoń na mojej talii i poprowadził, stając przed każdym domkiem i mówiąc czyje dzieci w nim mieszkają. Srebrny domek był honorowym domkiem Artemidy, podobnie jak dwójka - Hery. Nieparzyste należały do bogów, a parzyste do bogiń. Z tego, co się dowiedziałam pierwsze 12 domków stojących w półkolu, to domki Olimpijskiej dwunastki - Rady Bogów. A kolejne dobudowano po wojnie z tytanem Kronosem. Teraz było ich około 20.
- Po uznaniu mieszkasz w domku swojego rodzica, a przed nim w 11, w domku Hermesa, który będąc bogiem podróżników przyjmuje nieuznane dzieci.
- A ja? - spytałam - Przecież jestem śmiertelniczką, co ze mną?
- To... trochę trudno mi powiedzieć, może będziesz w 11, a może okażesz się legatariuszem, jak ja - uśmiechnął się.
- Legatariuszem?
- Aha, mój tata jest półbogiem, a matka była śmiertelniczką.
- Była?
- Zmarła 16 lat temu, dokładnie w moje urodziny.
Uśmiechnął się smutno do wspomnień.
- Przykro mi. Wiem, jak musisz się czuć. - spojrzał na mnie, a ja niewiele myśląc zaczęłam go namiętnie całować, zdziwiony oddał pocałunek. Nie wiedząc nawet kiedy, leżeliśmy obok siebie na trawie. Patrzył na mnie ciepłymi oczami z łagodnym uśmiechem na ustach. Pocałował mnie jeszcze raz i wstał wyciągając do mnie ręce.
- Wstawaj, piękna. - podciągnął mnie do pionu i trzymając za rękę poprowadził dalej. Pokazał mi arenę szermierczą, na której kilku chłopaków pojedynkowało się.
- I to są prawdziwe miecze? A co będzie jeśli zrobią sobie krzywdę?
- Wtedy mamy nektar i ambrozję, a na tym etapie raczej nie zrobią sobie śmiertelnej krzywdy.
Nie odpowiedziałam, poszliśmy w stronę budynku, który wyglądał jak skrzyżowanie Partenonu i lokomotywy parowej.
- A to co jest?
- Zbrojownia. Chodź, poznasz kogoś.
Weszliśmy do środka, na środku stały dębowe stały dębowe stoły zasłane narzędziami, kawałkami metalu i jakimiś mechanizmami; w tylną ścianę wbudowane było kilka pieców hutniczych. Było gorąco jak w piekle.
- Leo! - zawołał mój towarzysz, zza jednego ze stołów wyskoczył Latynos z burzą brązowych loków i uroczym uśmiechem.
- Cześć Sówko, dawno cię tu nie było - spojrzał na mnie - O, i przyprowadziłeś koleżankę. Jestem Valdez, Leo Valdez. Ale możesz mi mówić 'Bad Boy' albo 'ciacho' - wyciągnął do mnie dłoń umazaną czymś czarnym, zapewne smarem, spojrzałam na nią z powątpiewaniem, też spojrzał na swoją rękę - Och, no tak - jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy - Wybacz, mój wygląd, ale i tak miło poznać.
- Mnie również. Jestem Meg.
- To ty jesteś tą śmiertelniczką? - Jake zgromił go wzrokiem - Sorry, ale to, no, coś nowego. Nie gniewasz się, co?
- I ten się dziwi, że żadna go nie chce. - do rozmowy wtrąciła się dziewczyna, bardzo do Leona podobna. - Jestem Nyssa, przyrodnia siostra Leo - przedstawiła się.
- Cześć - uśmiechnęłam się i zwróciłam do Leona - Nie ma sprawy. - wyraźnie mu ulżyło.
- Ty Płomyk. Mam dla Ciebie zajęcie. - odezwał się Jake, teraz trzymał w dłoniach strzałę, która poprzedniego wieczoru była wymierzona w Alexis - Możesz sprawdzić co to jest?
- Strzała, nie widać? - zażartował, ale chłopak nie podzielał jego dobrego humoru - No dobra, sprawdzę ją. - Wziął strzałę i podszedł do stołu. Nyssa zaczęła mu pomagać.
- A teraz chodźmy, niedługo kolacja. Pokażę Ci jedno miejsce, w które lubię przychodzić.
Wyszliśmy na powietrze, które, jak dopiero teraz zauważyłam, pachniało morzem i truskawkami. Niebo zrobiło się liliowe ze złotymi przebłyskami. Piękne.
- Nie tak piękne jak ty. - Jake szepnął mi do ucha.
- Czy ty mnie podrywasz? - spytałam przebiegle.
- Być może - pochylił się - Nawet - schylił się jeszcze bardziej - Tak.
- To przestań - spojrzał na mnie z miną zbitego psa - No co? - zrobił jeszcze smutniejszą minę - Miałeś mi coś pokazać - przypomniałam.
- Nie. - odparł.
- Nie? - zdziwiłam się - A to czemu?
- Bo nie. - odwrócił się w udawanym fochu.
- Tak? - podeszłam bliżej - A jeśli poproszę?
- Nie umiesz ładnie prosić. - fuknął w zabawny sposób.
- Ja nie umiem? - oburzyłam się z uśmiechem - Proszę.
- Nie. - przytuliłam go od tyłu.
- Bardzo proszę.
- Nie. - odpowiedział, ale wiedziałam, że się zgodzi.
- J. proszę - ujęłam jego twarz w dłonie, zmuszając by na mnie spojrzał. Przysunęłam się jeszcze bardziej i stanęłam na palcach tak, że prawie stykaliśmy się ustami; kiedy tak staliśmy szepnęłam - Proszę.
- No dobrze - uśmiechnęłam się i odsunęłam.
- Ha, ha, ty mała uwodzicielko - roześmiał się - kto tu kogo podrywa?
- Prowadź. - poprosiłam.
Pobiegł do przodu, a ja zaczęłam go gonić. Biegliśmy tak ze śmiechem, nie przejmując się ludźmi, którzy na nas patrzyli. Dobiegliśmy na polanę, Jake się zatrzymał, ale ja tego nie zauważyłam i wpadłam na niego z impetem. Oboje przewróciliśmy się na trawę, ja leżałam na nim. Złapał mnie w talii i obrócił się tak, że teraz to on leżał nade mną. Jego twarz na tle liliowego nieba przypominała mi malowidła francuskich mistrzów, które kiedyś pokazała mi mama.
- Byłeś kiedyś w Paryżu? - wypaliłam. Uniósł brwi.
- Nie, czemu pytasz?
- Mam wrażenie, że Cię widziałam kiedyś i skojarzyło mi się to z wycieczką do Paryża.
Roześmiał się.
- Naprawdę ciekawe rozumowanie. Kiedyś rzeczywiście byłem we Francji, ale na południu, dość daleko od Paryża. W Saint Croix. (czyt. san krua)
- Moja mama się tam urodziła.
- Była francuską?
- Tak. Ona... bardzo kochała Francję, często tam nas zabierała. W ogóle dużo wyjeżdżała, na pokazy.
- Córka modelki?
- Widać?
- Kiedy wychowujesz się praktycznie w świecie mody, to łatwo poznać kogoś kto ma z tym związek.
- Ty? I moda? Serio? - patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią, zamknął mi ją dłonią.
- Ja nie. Alex to modelka, do tego prowadzi swoją agencję i jest współredaktorką pisma. Powiedzmy, że moda jest jej życiem. Ja tylko się z nią wychowałem. Byłem takim dodatkiem.
- Jaka jest naprawdę? - spytałam - Twoja siostra?
- Alex jest prawdziwym ewenementem. Urodziła się jako córka królowej wampirów, a teraz możliwie najdalej ucieka od tronu i korony. - uśmiechnął się - Lubi być w centrum uwagi, ale nie chce żyć w świcie królewskich etykiet i konwenansów. Ona to lepiej opowiada.
- A ten grzmot? To był przypadek prawda?
- O nie, ona potrafi nagiąć do siebie każdego, czy to półboga, śmiertelnika czy boga. No i jest jedną z niewielu osób, właściwie to tylko ona potrafi do wszystkiego przekonać swojego tatę.
- Jej ojcem jest - zamyśliłam się - Zeus?
- Tak, pamiętasz coś z mitologii.
- Czasem coś mi zostaje w głowie. - uśmiechnęłam się - Mieliśmy to na historii i angielskim.
- Normalna szkoła niewiele o tym wspomina dlatego półbogowie mają problemy z potworami i wiarą w swoje boskie korzenie.
Siedziałam obok niego po turecku, słuchając co opowiada o bogach, półbogach, o zajęciach na Obozie, łucznictwo, szermierka, zajęcia artystyczne, lekcje latania na pegazach, treningi z potworami.
- Te potwory to na serio? Czy tylko mnie straszysz?
- Posłuchaj - zamknęłam oczy i wsłuchałam się w dźwięki wokół. Ryki, szumy, pochrząkiwania. - Słyszysz? To chyba wystarczająca odpowiedź. Zresztą niedługo będzie bitwa, więc zapewne zobaczysz niektóre z nich.
- Bitwa. - patrząc na moją twarz, roześmiał się.
- Bitwa o sztandar, na prawdziwą broń, ale to tylko zabawa. Po kolacji zobaczysz, jak to wygląda. Będzie mały pojedynek. - uśmiechnął się ironicznie.
- O co? - spytałam.
- O domek. Są dwie drużyny, każdą prowadzi jeden domek. Grupowi tych dwóch domków starają się przeciągnąć na swoją stronę pozostałe domki. Teraz drużyny prowadzą Zeus i Hades.
- Alexis prowadzi jedną grupę, prawda?
- Tak, rywalizuje ze swoim chłopakiem, a to zawsze jest ciekawe.
- Okej, rozumiem. Tylko jeszcze jedno pytanie.
- Pytaj.
- Czemu to jest takie ciekawe?
Ujął moją dłoń i gładził ją palcami, było to bardzo przyjemne uczucie.
- Alex i Nico to para bardzo nietypowa. Znają się odkąd on był dzieckiem. Myślę, że dogadalibyście się.
- Czemu? - przerwałam mu.
- Wiesz, oboje nie macie matek, nie macie dobrych kontaktów z ojcem i jako rodzinę macie tylko siostry.
- To smutne, że, no wiesz...może i powinnam użalać się nad sobą, ale nadal potrafię współczuć innym, choć są w tej samej sytuacji. I... - przerwał mi głos rogu.
- Chodźmy na kolację - wstał z ziemi i podał mi rękę - Wstawaj.
Poszliśmy w stronę marmurowego pawilonu z kolumn. Kiedy stanęliśmy na schodach, pokłusował do nas centaur.
- Chejronie, gdzie ma usiąść Meg? - zmierzył mnie wzrokiem.
- Na razie niech usiądzie przy stole Hermesa, później zobaczymy.
Ścisnął moją dłoń, żeby dodać mi odwagi, poprowadził mnie do stolika, nad którym wisiał niebieski sztandar z symbolem aptekarzy - kaduceuszem. Ze szczytu stołu wstał chłopak z ciemnymi, kręconymi włosami, z uśmiechem.
- Przypilnujcie jej i siebie nawzajem - powiedział Jake.
- Jasna sprawa Sówko - roześmiał się - Zróbcie jej miejsce - ludzie przy stole ścisnęli się i mogłam usiąść. Nadal się wahałam, ale usiadłam. J. uśmiechnął się do mnie i obrócił się. Odszedł do stołu pod sztandarem ze srebrną sową.
- Nowa nieuznana? - szturchnęła mnie przyjaźnie dziewczyna obok. Przytaknęłam. - Ja też, jestem Irina.
- Meg. - przedstawiłam się. - Długo tu jesteś?
- Prawie 3 tygodnie. Moja mama jest śmiertelna, czekam na uznanie od taty. A ty?
- Nie jestem półbogiem.- Wymamrotałam.
- Co?
- Nie jestem półboginią. - powiedziałam.
- Och, przykro mi. Może letargiusz? Wyglądasz na potomka Afrodyty lub Hypnosa. Znasz swoich dziadków? - pokręciłam głową - No to jest możliwość. Możesz być też córką Muzy.
- Ale ja znałam swoją mamę - zaprotestowałam.
- Dobra, nie wściekaj się. Próbuję tylko pomóc. - odwróciła się do stołu, resztę czasu spędziłam w milczeniu. Aż po schodach weszły trzy postacie: Alexis, rudowłosa dziewczyna o zielonych oczach i... facet, którego widziałam w parku.
- Wyrocznia przemówiła! - rzekł pełnym patosu głosem - Wypowiedziała kolejną Wielką Przepowiednię, a teraz możemy stwierdzić kto jest tym herosem. Aidanie synu Alexis, podejdź.
Ona ma syna? Ta zołza? Chłopiec zdecydowanie wdał się, z wyglądu, w ojca. Zgadywałam, że tak jest, bo miał śniadą cerę i ciemne oczy, niby radosne, ale z odrobiną smutku.
- Witaj Apollinie, władco słońca, głosie wyroczni, opiekunie muzyki i poezji. - pozdrowił go.
- Witaj półbogu, dziecię śmierci, herosie przepowiedni. Wyrocznia Delficka wybrała dla Ciebie misję, która ma wynieść Cię z cienia Twojego ojca. Czy przyjmujesz ten los? - chłopiec zawahał się, ale powiedział:
- Przyjmuję ten los. Wypełnię przepowiednię i wyjdę z cienia mojego ojca. - dokończył dumnie. Ludzie wokół mnie zaczęli bić brawa, które z każdą chwilą rosły i, do których i ja się dołączyłam. Blondyn uniósł ręce, po czym zapanowała względna cisza.
- Pozostaje kwestia drugiego herosa. Dziewczyny, ktoś chętny?
Spojrzenia padły na stolik z sową i na zołzę. Ona i sprawiedliwość? Dobre sobie. Ale jak teraz na nią spojrzałam... wyglądała na smutną, ale i dumną. Pokręciła przecząco głową.
- A więc nie wiemy na razie kim jest córka sprawiedliwości, wracajcie do kolacji. - uśmiechnął się i zaczął jaśnieć; wszyscy odwrócili wzrok, też to zrobiłam. Kiedy otworzyłam oczy chłopaka nie było, a wszyscy wrócili do kolacji.
Pod koniec kolacji centaur wstał od głównego stołu i poprosił o tekst przepowiedni. Alexis wyrecytowała wierszowany tekst.
- Dziękuję Ci - usiadła, wracając do rozmowy z uroczym blondynem.
Chejron kazał nam iść do łóżek, bądź na ognisko. Przy moim boku pojawił się Jake.
- Jak kolacja? - spytał, prowadząc mnie po schodach i w stronę amfiteatru.
- Świetnie - skłamałam. Spojrzał na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział. - A tobie?
- Jak zwykle. Rozmowy o architekturze, fizyce i takie tam rozmowy geniuszy. - uśmiechnął się słabo. Widziałam, że czymś się martwi.
Szliśmy w milczeniu, mijając ludzi, którzy rzucali nam zdziwione spojrzenia; słyszałam szepty, mówiące coś o samotności, kłamstwie, łamaniu zasad.
Rozejrzałam się niepewnie, w centrum amfiteatru płonęło ognisko wysokim, jasnym płomieniem. Na kamiennych stopniach siedziały setki dzieciaków, podzielone na grupy, każda pod sztandarem opiekuńczego bóstwa: sowa, płonący młot, głowa dzika, winorośl; najwięcej ludzi siedziało pod sztandarem z kaduceuszem, za to pod sztandarem z orłem niosącym w szponach piorun siedziały ledwo dwie osoby.
Jake zabrał mnie do miejsc pod srebrnym emblematem.
- Mogę tu usiąść? - zdziwiłam się.
- Oczywiście - Ann podeszła do nas - W teatrze jest więcej luzu. Siadaj.
Śpiewaliśmy takie typowe, głupie obozowe piosenki, kiedy teatr rozjaśnił błękitny blask. Nad głową mojej siostry, mojej małej, biednej Lilly unosił się błękitny hologram z rysunkiem wagi i miecza; na jej oczach pojawiła się biała opaska, a wszystkich to bardzo zdziwiło.
********************************************
Tu Paula Heaven ;) przepraszam, że tak długo nie było nowego rozdziału, ale miałam lekkie problemy :D macie na pocieszenie dużo do czytania ;**
- Dzieciaki Apollina, banda pozerów. Nie zwracaj uwagi. - położył dłoń na mojej talii i poprowadził, stając przed każdym domkiem i mówiąc czyje dzieci w nim mieszkają. Srebrny domek był honorowym domkiem Artemidy, podobnie jak dwójka - Hery. Nieparzyste należały do bogów, a parzyste do bogiń. Z tego, co się dowiedziałam pierwsze 12 domków stojących w półkolu, to domki Olimpijskiej dwunastki - Rady Bogów. A kolejne dobudowano po wojnie z tytanem Kronosem. Teraz było ich około 20.
- Po uznaniu mieszkasz w domku swojego rodzica, a przed nim w 11, w domku Hermesa, który będąc bogiem podróżników przyjmuje nieuznane dzieci.
- A ja? - spytałam - Przecież jestem śmiertelniczką, co ze mną?
- To... trochę trudno mi powiedzieć, może będziesz w 11, a może okażesz się legatariuszem, jak ja - uśmiechnął się.
- Legatariuszem?
- Aha, mój tata jest półbogiem, a matka była śmiertelniczką.
- Była?
- Zmarła 16 lat temu, dokładnie w moje urodziny.
Uśmiechnął się smutno do wspomnień.
- Przykro mi. Wiem, jak musisz się czuć. - spojrzał na mnie, a ja niewiele myśląc zaczęłam go namiętnie całować, zdziwiony oddał pocałunek. Nie wiedząc nawet kiedy, leżeliśmy obok siebie na trawie. Patrzył na mnie ciepłymi oczami z łagodnym uśmiechem na ustach. Pocałował mnie jeszcze raz i wstał wyciągając do mnie ręce.
- Wstawaj, piękna. - podciągnął mnie do pionu i trzymając za rękę poprowadził dalej. Pokazał mi arenę szermierczą, na której kilku chłopaków pojedynkowało się.
- I to są prawdziwe miecze? A co będzie jeśli zrobią sobie krzywdę?
- Wtedy mamy nektar i ambrozję, a na tym etapie raczej nie zrobią sobie śmiertelnej krzywdy.
Nie odpowiedziałam, poszliśmy w stronę budynku, który wyglądał jak skrzyżowanie Partenonu i lokomotywy parowej.
- A to co jest?
- Zbrojownia. Chodź, poznasz kogoś.
Weszliśmy do środka, na środku stały dębowe stały dębowe stoły zasłane narzędziami, kawałkami metalu i jakimiś mechanizmami; w tylną ścianę wbudowane było kilka pieców hutniczych. Było gorąco jak w piekle.
- Leo! - zawołał mój towarzysz, zza jednego ze stołów wyskoczył Latynos z burzą brązowych loków i uroczym uśmiechem.
- Cześć Sówko, dawno cię tu nie było - spojrzał na mnie - O, i przyprowadziłeś koleżankę. Jestem Valdez, Leo Valdez. Ale możesz mi mówić 'Bad Boy' albo 'ciacho' - wyciągnął do mnie dłoń umazaną czymś czarnym, zapewne smarem, spojrzałam na nią z powątpiewaniem, też spojrzał na swoją rękę - Och, no tak - jego uśmiech zrobił się jeszcze szerszy - Wybacz, mój wygląd, ale i tak miło poznać.
- Mnie również. Jestem Meg.
- To ty jesteś tą śmiertelniczką? - Jake zgromił go wzrokiem - Sorry, ale to, no, coś nowego. Nie gniewasz się, co?
- I ten się dziwi, że żadna go nie chce. - do rozmowy wtrąciła się dziewczyna, bardzo do Leona podobna. - Jestem Nyssa, przyrodnia siostra Leo - przedstawiła się.
- Cześć - uśmiechnęłam się i zwróciłam do Leona - Nie ma sprawy. - wyraźnie mu ulżyło.
- Ty Płomyk. Mam dla Ciebie zajęcie. - odezwał się Jake, teraz trzymał w dłoniach strzałę, która poprzedniego wieczoru była wymierzona w Alexis - Możesz sprawdzić co to jest?
- Strzała, nie widać? - zażartował, ale chłopak nie podzielał jego dobrego humoru - No dobra, sprawdzę ją. - Wziął strzałę i podszedł do stołu. Nyssa zaczęła mu pomagać.
- A teraz chodźmy, niedługo kolacja. Pokażę Ci jedno miejsce, w które lubię przychodzić.
Wyszliśmy na powietrze, które, jak dopiero teraz zauważyłam, pachniało morzem i truskawkami. Niebo zrobiło się liliowe ze złotymi przebłyskami. Piękne.
- Nie tak piękne jak ty. - Jake szepnął mi do ucha.
- Czy ty mnie podrywasz? - spytałam przebiegle.
- Być może - pochylił się - Nawet - schylił się jeszcze bardziej - Tak.
- To przestań - spojrzał na mnie z miną zbitego psa - No co? - zrobił jeszcze smutniejszą minę - Miałeś mi coś pokazać - przypomniałam.
- Nie. - odparł.
- Nie? - zdziwiłam się - A to czemu?
- Bo nie. - odwrócił się w udawanym fochu.
- Tak? - podeszłam bliżej - A jeśli poproszę?
- Nie umiesz ładnie prosić. - fuknął w zabawny sposób.
- Ja nie umiem? - oburzyłam się z uśmiechem - Proszę.
- Nie. - przytuliłam go od tyłu.
- Bardzo proszę.
- Nie. - odpowiedział, ale wiedziałam, że się zgodzi.
- J. proszę - ujęłam jego twarz w dłonie, zmuszając by na mnie spojrzał. Przysunęłam się jeszcze bardziej i stanęłam na palcach tak, że prawie stykaliśmy się ustami; kiedy tak staliśmy szepnęłam - Proszę.
- No dobrze - uśmiechnęłam się i odsunęłam.
- Ha, ha, ty mała uwodzicielko - roześmiał się - kto tu kogo podrywa?
- Prowadź. - poprosiłam.
Pobiegł do przodu, a ja zaczęłam go gonić. Biegliśmy tak ze śmiechem, nie przejmując się ludźmi, którzy na nas patrzyli. Dobiegliśmy na polanę, Jake się zatrzymał, ale ja tego nie zauważyłam i wpadłam na niego z impetem. Oboje przewróciliśmy się na trawę, ja leżałam na nim. Złapał mnie w talii i obrócił się tak, że teraz to on leżał nade mną. Jego twarz na tle liliowego nieba przypominała mi malowidła francuskich mistrzów, które kiedyś pokazała mi mama.
- Byłeś kiedyś w Paryżu? - wypaliłam. Uniósł brwi.
- Nie, czemu pytasz?
- Mam wrażenie, że Cię widziałam kiedyś i skojarzyło mi się to z wycieczką do Paryża.
Roześmiał się.
- Naprawdę ciekawe rozumowanie. Kiedyś rzeczywiście byłem we Francji, ale na południu, dość daleko od Paryża. W Saint Croix. (czyt. san krua)
- Moja mama się tam urodziła.
- Była francuską?
- Tak. Ona... bardzo kochała Francję, często tam nas zabierała. W ogóle dużo wyjeżdżała, na pokazy.
- Córka modelki?
- Widać?
- Kiedy wychowujesz się praktycznie w świecie mody, to łatwo poznać kogoś kto ma z tym związek.
- Ty? I moda? Serio? - patrzyłam na niego z rozdziawioną buzią, zamknął mi ją dłonią.
- Ja nie. Alex to modelka, do tego prowadzi swoją agencję i jest współredaktorką pisma. Powiedzmy, że moda jest jej życiem. Ja tylko się z nią wychowałem. Byłem takim dodatkiem.
- Jaka jest naprawdę? - spytałam - Twoja siostra?
- Alex jest prawdziwym ewenementem. Urodziła się jako córka królowej wampirów, a teraz możliwie najdalej ucieka od tronu i korony. - uśmiechnął się - Lubi być w centrum uwagi, ale nie chce żyć w świcie królewskich etykiet i konwenansów. Ona to lepiej opowiada.
- A ten grzmot? To był przypadek prawda?
- O nie, ona potrafi nagiąć do siebie każdego, czy to półboga, śmiertelnika czy boga. No i jest jedną z niewielu osób, właściwie to tylko ona potrafi do wszystkiego przekonać swojego tatę.
- Jej ojcem jest - zamyśliłam się - Zeus?
- Tak, pamiętasz coś z mitologii.
- Czasem coś mi zostaje w głowie. - uśmiechnęłam się - Mieliśmy to na historii i angielskim.
- Normalna szkoła niewiele o tym wspomina dlatego półbogowie mają problemy z potworami i wiarą w swoje boskie korzenie.
Siedziałam obok niego po turecku, słuchając co opowiada o bogach, półbogach, o zajęciach na Obozie, łucznictwo, szermierka, zajęcia artystyczne, lekcje latania na pegazach, treningi z potworami.
- Te potwory to na serio? Czy tylko mnie straszysz?
- Posłuchaj - zamknęłam oczy i wsłuchałam się w dźwięki wokół. Ryki, szumy, pochrząkiwania. - Słyszysz? To chyba wystarczająca odpowiedź. Zresztą niedługo będzie bitwa, więc zapewne zobaczysz niektóre z nich.
- Bitwa. - patrząc na moją twarz, roześmiał się.
- Bitwa o sztandar, na prawdziwą broń, ale to tylko zabawa. Po kolacji zobaczysz, jak to wygląda. Będzie mały pojedynek. - uśmiechnął się ironicznie.
- O co? - spytałam.
- O domek. Są dwie drużyny, każdą prowadzi jeden domek. Grupowi tych dwóch domków starają się przeciągnąć na swoją stronę pozostałe domki. Teraz drużyny prowadzą Zeus i Hades.
- Alexis prowadzi jedną grupę, prawda?
- Tak, rywalizuje ze swoim chłopakiem, a to zawsze jest ciekawe.
- Okej, rozumiem. Tylko jeszcze jedno pytanie.
- Pytaj.
- Czemu to jest takie ciekawe?
Ujął moją dłoń i gładził ją palcami, było to bardzo przyjemne uczucie.
- Alex i Nico to para bardzo nietypowa. Znają się odkąd on był dzieckiem. Myślę, że dogadalibyście się.
- Czemu? - przerwałam mu.
- Wiesz, oboje nie macie matek, nie macie dobrych kontaktów z ojcem i jako rodzinę macie tylko siostry.
- To smutne, że, no wiesz...może i powinnam użalać się nad sobą, ale nadal potrafię współczuć innym, choć są w tej samej sytuacji. I... - przerwał mi głos rogu.
- Chodźmy na kolację - wstał z ziemi i podał mi rękę - Wstawaj.
Poszliśmy w stronę marmurowego pawilonu z kolumn. Kiedy stanęliśmy na schodach, pokłusował do nas centaur.
- Chejronie, gdzie ma usiąść Meg? - zmierzył mnie wzrokiem.
- Na razie niech usiądzie przy stole Hermesa, później zobaczymy.
Ścisnął moją dłoń, żeby dodać mi odwagi, poprowadził mnie do stolika, nad którym wisiał niebieski sztandar z symbolem aptekarzy - kaduceuszem. Ze szczytu stołu wstał chłopak z ciemnymi, kręconymi włosami, z uśmiechem.
- Przypilnujcie jej i siebie nawzajem - powiedział Jake.
- Jasna sprawa Sówko - roześmiał się - Zróbcie jej miejsce - ludzie przy stole ścisnęli się i mogłam usiąść. Nadal się wahałam, ale usiadłam. J. uśmiechnął się do mnie i obrócił się. Odszedł do stołu pod sztandarem ze srebrną sową.
- Nowa nieuznana? - szturchnęła mnie przyjaźnie dziewczyna obok. Przytaknęłam. - Ja też, jestem Irina.
- Meg. - przedstawiłam się. - Długo tu jesteś?
- Prawie 3 tygodnie. Moja mama jest śmiertelna, czekam na uznanie od taty. A ty?
- Nie jestem półbogiem.- Wymamrotałam.
- Co?
- Nie jestem półboginią. - powiedziałam.
- Och, przykro mi. Może letargiusz? Wyglądasz na potomka Afrodyty lub Hypnosa. Znasz swoich dziadków? - pokręciłam głową - No to jest możliwość. Możesz być też córką Muzy.
- Ale ja znałam swoją mamę - zaprotestowałam.
- Dobra, nie wściekaj się. Próbuję tylko pomóc. - odwróciła się do stołu, resztę czasu spędziłam w milczeniu. Aż po schodach weszły trzy postacie: Alexis, rudowłosa dziewczyna o zielonych oczach i... facet, którego widziałam w parku.
- Wyrocznia przemówiła! - rzekł pełnym patosu głosem - Wypowiedziała kolejną Wielką Przepowiednię, a teraz możemy stwierdzić kto jest tym herosem. Aidanie synu Alexis, podejdź.
Ona ma syna? Ta zołza? Chłopiec zdecydowanie wdał się, z wyglądu, w ojca. Zgadywałam, że tak jest, bo miał śniadą cerę i ciemne oczy, niby radosne, ale z odrobiną smutku.
- Witaj Apollinie, władco słońca, głosie wyroczni, opiekunie muzyki i poezji. - pozdrowił go.
- Witaj półbogu, dziecię śmierci, herosie przepowiedni. Wyrocznia Delficka wybrała dla Ciebie misję, która ma wynieść Cię z cienia Twojego ojca. Czy przyjmujesz ten los? - chłopiec zawahał się, ale powiedział:
- Przyjmuję ten los. Wypełnię przepowiednię i wyjdę z cienia mojego ojca. - dokończył dumnie. Ludzie wokół mnie zaczęli bić brawa, które z każdą chwilą rosły i, do których i ja się dołączyłam. Blondyn uniósł ręce, po czym zapanowała względna cisza.
- Pozostaje kwestia drugiego herosa. Dziewczyny, ktoś chętny?
Spojrzenia padły na stolik z sową i na zołzę. Ona i sprawiedliwość? Dobre sobie. Ale jak teraz na nią spojrzałam... wyglądała na smutną, ale i dumną. Pokręciła przecząco głową.
- A więc nie wiemy na razie kim jest córka sprawiedliwości, wracajcie do kolacji. - uśmiechnął się i zaczął jaśnieć; wszyscy odwrócili wzrok, też to zrobiłam. Kiedy otworzyłam oczy chłopaka nie było, a wszyscy wrócili do kolacji.
Pod koniec kolacji centaur wstał od głównego stołu i poprosił o tekst przepowiedni. Alexis wyrecytowała wierszowany tekst.
- Dziękuję Ci - usiadła, wracając do rozmowy z uroczym blondynem.
Chejron kazał nam iść do łóżek, bądź na ognisko. Przy moim boku pojawił się Jake.
- Jak kolacja? - spytał, prowadząc mnie po schodach i w stronę amfiteatru.
- Świetnie - skłamałam. Spojrzał na mnie dziwnie, ale nic nie powiedział. - A tobie?
- Jak zwykle. Rozmowy o architekturze, fizyce i takie tam rozmowy geniuszy. - uśmiechnął się słabo. Widziałam, że czymś się martwi.
Szliśmy w milczeniu, mijając ludzi, którzy rzucali nam zdziwione spojrzenia; słyszałam szepty, mówiące coś o samotności, kłamstwie, łamaniu zasad.
Rozejrzałam się niepewnie, w centrum amfiteatru płonęło ognisko wysokim, jasnym płomieniem. Na kamiennych stopniach siedziały setki dzieciaków, podzielone na grupy, każda pod sztandarem opiekuńczego bóstwa: sowa, płonący młot, głowa dzika, winorośl; najwięcej ludzi siedziało pod sztandarem z kaduceuszem, za to pod sztandarem z orłem niosącym w szponach piorun siedziały ledwo dwie osoby.
Jake zabrał mnie do miejsc pod srebrnym emblematem.
- Mogę tu usiąść? - zdziwiłam się.
- Oczywiście - Ann podeszła do nas - W teatrze jest więcej luzu. Siadaj.
Śpiewaliśmy takie typowe, głupie obozowe piosenki, kiedy teatr rozjaśnił błękitny blask. Nad głową mojej siostry, mojej małej, biednej Lilly unosił się błękitny hologram z rysunkiem wagi i miecza; na jej oczach pojawiła się biała opaska, a wszystkich to bardzo zdziwiło.
********************************************
Tu Paula Heaven ;) przepraszam, że tak długo nie było nowego rozdziału, ale miałam lekkie problemy :D macie na pocieszenie dużo do czytania ;**
no i jak zwykle świetny rozdział. <3 sama nie wiem co napisać, brak słów. dużo weny. <3
OdpowiedzUsuń~ serioous